Turcja 2011

Tutaj przeczytacie jak przebiegły przygotowania, poniżej relacja z podóróży. Warto porównać jak plany przełożył się na faktyczną wyprawę.  A jeśli zainteresuje was jak Turcja wyglądała w 2001 roku zapraszam do mojej relacji z przed lat. MG

 

02.07.2011 Z Wrocławia udało nam się wyjechać o 13:40.

Autostradą A4 udaliśmy się w kierunku Katowic, następnie odbiliśmy drogą w kierunku na Cieszyn. Trasa prosta, szybko i prawie minęła bez problemów i w sumie nawet nie zauważyliśmy granicy z Czechami. Następnie przez Czechy na Słowację i też granicy brak. Na Słowacji trasa jak dawna nasza A4 płyty betonowe po jednym pasku w każdym kierunku. Ale są też ciekawsze kawałki serpentynki w górach.

Cena paliw na Słowacji  to jakieś 1,335 euro w przeliczeniu (po dzisiejszym kursie 4,06) za litr diesla 5,42 zł. To jakaś zmowa wszędzie taka sama cena znaleźliśmy dwie dzikie stacje na których była inna cena a tak to jakby państwo ustalało cenę naprawdę bardzo dziwnie to wyglądało.

20:30 mijamy granicę Słowacko-Węgierską i pierwszy znak na Węgrzech to uwaga na żaby J. Paliwo na Węgrzech 363,9 forintów, co daje na złotówki ok. 5,20. Na obrzeżach Budapesztu ceny paliw nieznacznie wyższe niż w centrum.  21:30 dojechaliśmy do Budapesztu nie mieliśmy czasu na zwiedzanie bo gonił nas czas zakładaliśmy iż w 32-36h dojedziemy do Turcji. Na trasie wyjazdowej z Budapesztu pojawiły się pierwsze i jak się potem okazało ostatnie tirówki (jak to mój mąż określił „dziewczynki”). Na Węgrzech zauważyłem kilka ciekawych rozwiązań po za dobrze oznakowanymi drogami przed każda miejscowością na jakieś 200m przed nią namalowane są na drodze poprzeczne linie i od razu wiadomo że zbliżam się do terenu zabudowanego, innym rozwiązaniem jest umieszczanie znaków informujących czy mamy pierwszeństwo na skrzyżowaniu za skrzyżowaniem (zero problemów z serii „mam tu pierwszeństwo czy nie”) . 2:30 przekraczamy granicę Węgiersko – Rumuńską niedaleko Oradea  madziary pozamykani żadnego tu człowieka placówka widmo podjeżdżamy pod Rumuńską, odprawa bez problemów w paszport fachowy rzut oka i już jedziemy. Stajemy na stacji kupić winietę bo w Rumunii obowiązuje wszystkich a zależy ona od masy i poziomu spalin emitowanych przez auto, i znowu fachowy rzut oka na auto no bez wątpienia terenowe, szybka kalkulacja w pamięci i jeszcze numer rejestracyjny pojazdu bo do systemu trzeba wprowadzić i po uiszczeniu 25,29 lei (kurs mniej więcej 1 do 1)stajemy się szczęśliwymi posiadaczami winiety.  Ułożyłem się do snu ale po stu metrach jazdy miałem wrażenie iż Agnieszka wpada do rowu autem okazało się że takie mają tu drogi i od razu poczułam się jak w Polsce, off-road pełną gębą. Kierowcy TIRów na rondzie mają pierwszeństwo w myśl zasady „duży może więcej”, zasada ograniczonego zaufania którą mi wpajano podczas kursu na prawo jazdy pękła jak bańka mydlana pojawiła się nowa „kompletny brak zaufania”. Jedziemy już godzinę i żal mi już zawieszenia w aucie, po drugiej godzinie wertepiady obiecuje, że nie będę już narzekał na nasze drogi, po trzeciej godzinie sprawdzam czy niema w AutoMapie drogi leśnej która mogła by być mniej zniszczona … jednak nie. Tak jak początek Rumuni był ciężki, było zimno, mgła jak mleko, droga prowadziła w górę i w dół oraz wiła się na wszystkie strony jak serpentyna, a wszech otaczająca bieda wynurzająca się od czasu do czasu z mgły i chmur tak później kierując się na południe zauważyliśmy zmianę i to na lepsze – zarówno pogoda bo wyszło słońce, krajobraz bo pojawiły się lasy jak i mniej było widać biedy. Minęliśmy kilka kurortowych miejscowości, tętniących życiem, jednak poza tym często ma się wrażenie że czas zatrzymał się kilka dekad temu. Można nadal tu zobaczyć konie i bawoły ciągnące wozy z drewnem, ludźmi, sianem, czy arbuzami itp…, to nadal powszechny środek transportu. Nie umniejsza to jednak pracy policji, która mimo niedzieli jest widoczna dość często kasująca śpieszących się kierowców samochodów osobowych. A okazji jest dość sporo bo miejscowości ciągną się jak niekończące się spaghetti a ograniczenie do 40-50km. Cena paliwa to 5,29 lei. Strasznie dłuży się nam ta Rumunia, jedziemy, jedziemy i końca nie widać…  jednak jest nadzieja gdy o 14:30 mijamy Budapeszt do granicy mogło już teraz być tylko bliżej. Jedziemy osamotnieni przez dłuższy czas żywej duszy nie ma, no może poza psami które są wszechobecne, a tu we wstecznym lusterku nagle za nami dwa samochody i jedno w oddali. Dojeżdżamy do granicy patrzymy a to nasi. O 17:00 umęczeni całodniowym pobytem w Rumuni przekraczamy W KOŃCU granicę Rumuńsko Bułgarską w miejscowości Giurgiu. Rumuni nie patrzą na dokumenty tylko kasują jak za zboże, czyli 6 euro za przejazd mostem nad rzeką Dunaj dalej najlepiej jechać za jakimś Rumunem czy Bułgarem aż do stanowiska granicznego bo jest tu bardzo słabe oznaczenie i można się pogubić doradzamy zrobić to na chłodno. Celnik rzucił okiem tylko na moje zdjęcie w paszporcie, przestraszył się, machnął ręką i kazał jechać dalej (zdjęcie opublikujemy później by nie straszyć was).

W Bułgarii paliwo po przekroczeniu granicy waha się między 2,38 – 2,51 Lewa bułgarskiego czyli w złotówkach jakieś 4,80. Znaleźliśmy gaz za 1,60 zł na markowych stacjach jest po 2,40 zł. Widok miasta po przekroczeniu granicy przypomina Czarnobyl  lub miejsce po zagładzie nuklearnej, gdzie ludzie starają się żyć w tym postkomunistycznym grobowcu z żelbetonu. Jadąc w głąb kraju dostrzegamy piękno bułgarskiej wsi, malowniczego krajobrazu i dzikiej przyrody (borsuk). Droga wygląda jakby położyli ją za czasów komunistycznych mimo to jej stan jest lepszy niż niektóre polskie drogi po roku użytkowania. W Bułgarii policja maltretuje kierowców ciężarówek, zatrzymują po kilka samochodów i kontrolują, na odcinku 45km już trzeci patrol policji widzieliśmy zapracowany. O 20:30 zażyliśmy kąpieli w jeziorze koło miejscowości Panicherevo. Woda super tylko trochę zimno po wyjściu. Zjedliśmy, dochodzi 21:00 więc ruszyliśmy w dalszą podróż w stronę granicy z Turcją. Tam też planujemy pierwszy prawdziwy nocleg, którego nie mogę się doczekać. No niestety czekać mi przyszło dłużej niż myślałam. Na granicę bułgarsko-turecką dojechaliśmy na 1:00 opuszczamy ją chudsi o 30 euro (wiza kosztuje 15 euro mimo że na wizie widnieje cena 20$ to celnik chce tylko euro) o godzinie 2:40. Samochód został wbity Darkowi w paszport to takie zabezpieczenie aby wyjechać tym samochodem z Turcji lub zapłacić podatek za pozostawienie lub sprzedanie na ich terytorium. Sama odprawa trwała może z 15min ale trafiliśmy na sznurek powracających z Europy i staliśmy w kolejce do odprawy. Teraz po przekroczeniu granicy szukamy spania … J

 

TURCJA

Postanowiliśmy sprawdzić wygodę naszego turystycznego łóżka.  Wyspaliśmy się i rano szybka toaleta w przydrożnej stacji paliw, to naprawdę szybka toaleta ledwie weszłam a już mi się odechciało czegokolwiek ale zęby umyć trzeba.  Chcieliśmy zjeść jakieś śniadanie ale o takiej porze restauracja przy tej samej stacji paliw jeszcze nie czynna. Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy do Istambułu. Darek wybrał autostradę płatną. Formalności trochę zaskakujące dojeżdżasz do bramek  … a tu nie można płacić ani gotówką ani kartą. Zaskoczeni sytuacją, aby nie korkować drogi, przejeżdżamy za bramkę bo i tak jest otwarta. Zaraz za nią jest miejsce by stanąć. Podchodzi do nas Turek i stara się wyjaśnić nam co i jak.

SONY DSC

Darek szybko chwyta o co chodzi. Podziękował mu i mówi do mnie „trzeba mieć jakąś kartę, po którą należy udać się na druga stronę autostrady”, myślicie o kładce dla pieszych, nic z tego trzeba czmychać przez wszystkie pasy autostrady patrząc w oczy nadjeżdżającym kierowcom. Urzędnik ni w ząb nie znał języka ale wie czego chcemy pokazuje cennik doładowania karty  i dokonujemy poboru karty, którą należy załadować min. 50 lir tureckich (płacimy 25 euro, za wydanie karty nie płaci się). Z powrotem przez autostradę, przez bramki i już jedziemy do Istambułu. Przejazd autostradą kosztuje 6,5 TL kwota jest odciągana z karty i płaci się nią też za przejazd przez most nad cieśniną koszt to 3,75 TL. Na początku myślałem iż dałem ciała i właśnie straciłem 25 euro z czego może wykorzystam 20 TL ale potem pomyślałem iż będziemy pół kraju przemierzać i że nie raz będę potrzebował z niej skorzystać, a nawet jeśli nie to albo ją sprzedam wracając, albo zostawię sobie na następny pobyt w tym kraju. Istambuł to ogromne miasto, które z cudem pokonaliśmy i dalej w drogę do Polonezkoy (Adampol). Trasa jest dobrze oznaczona i zajmuje jakieś 30 minut.

Kiedy przekraczaliśmy granicę postanowiliśmy sprawdzić cenę paliwa marzeniem była cena 2,50 TL, liczyliśmy się z tym, że może być 3,00 TL za litr a tu od.3,50 wzwyż. Jak planowaliśmy wyjazd  do Turcji to czytałem że mają drogie paliwo ale żadnych konkretów więc liczyłem po 6 złotych litr, tutejsza cena mnie zaskoczyła żeby nie powiedzieć zabiła.

SONY DSC

Adampol miejsce magiczne, po dotarciu do niego postanowiliśmy coś zjeść. Trafiliśmy do restauracji Santa Rosa, gdzie niestety nikt nie potrafił ani słowa po polsku a dla nas oczywiste było, że w polskiej wsi chociaż podstawowe zwroty są znane… cóż niestety podstawowych zwrotów także nie potrafili w językach angielskim, czy niemieckim. Na szczęście rozmówki polsko-tureckie były na miejscu. Po spożytym posiłku, gdzie zamówiliśmy mix mięs oraz sałatkę z bakłażanów z sezamem i cacik, w poszukiwaniu Domu Polskiego udaliśmy się do centrum. Tam Pan Józef podszedł do nas i zaprosił na turecką herbatkę poznał nas z Panem Ryszardem rewelacyjnym starszym człowiekiem, starszym tylko ciałem bo duchem był młody i dziarski opowiedział nam o wsi i chyba z pół swojego życiorysu tak nas wciągnął swoimi historiami iż spóźniliśmy się na spotkanie Panią Agnieszką, z którą umówił nas Pan Józef. Pani Agnieszka Modlińska to przesympatyczna osoba, która pokazała nam Dom Polski, czyli Dom Cioci Zosi. Jest to dom w którym obecnie znajduje się niewielkie muzeum, można zobaczyć jak żyli przed laty nasi rodacy na tej tureckiej ziemi, jest wiele rodzinnych pamiątek, zdjęć i mebli.  Agnieszka opowiedziała nam kawał historii jak Jej przodkowie sobie radzili, jak żyli. Do tej pory ich życie do łatwych nie należy, Tato Agnieszki mimo przekroczonej 80-tki nadal pracuje na polu. Mama Agnieszki prowadzi pensjonat. Niestety obecnie Polaków w Adampolu jest coraz mniej, ponieważ wiele z Nich wyemigrowało do różnych zakątków świata. Jednak Ci co pozostali starają się podtrzymywać polskie tradycje. Są niezwykle mili i gościnni. Agnieszka po oprowadzeniu nas po Domu Pamięci Cioci Zosi zaprosiła nas na herbatę a skończyło się na tym, że zjedliśmy pyszną turecką kolację, zostaliśmy u Niej na noc, a rano na śniadanie zaserwowała nam polski omlet i konfitury, które robi z mamą z owoców, które rosną w Ich ogródku. Zostaliśmy tak serdecznie przyjęci, że żal nam było wyjeżdżać. Ale jeszcze zanim wyjechaliśmy zdążyliśmy zarazić naszą przewodniczkę i jej córkę geocaching-iem i postanowiły założyć własną skrzynkę oczywiście w ogrodzie przy domu Zosi. Tuż przed  odjazdem Agnieszka i jej córka Sylwia dokonały pierwszych wpisów na masce naszego samochodu, będziemy zbierali też innych ludzi podpisy w Turcji, którzy zaciekawią nas i będą nam pomocni w podróży.

5.07. wyjechaliśmy z Adampola do Sile jednak ta typowo turystyczna miejscowość nie zachwyciła nas zbytnio może dlatego iż spodziewaliśmy się czegoś więcej niż tylko sklepów z pamiątkami i plaży. Mimo to chwile tam zabawiliśmy, Darkowi udało się pozbyć simlock-a z telefonu ale i tak nie chce działać w sieci tureckiej. Tam też po raz pierwszy udało mi się zamoczyć nogi w Morzu Czarnym. Dalej udaliśmy się do wyznaczonego przez nas celu, mianowicie Sinop … ale zanim tam dotarliśmy trochę czasu i kilometrów minęło. Noc zatała nas w drodze i znów musieliśmy stanąć aby się wyspać. Postanowiliśmy postawić na bezpieczeństwo i zaparkowaliśmy przed posterunkiem w miejscowości Eregli. Rano (6.07) o nieludzkiej porze (godzina 4) Darek wstał i stwierdził, że jedziemy dalej. Dojechaliśmy do urwiska i tam udało nam się zobaczyć piękny wschód słońca, fantastyczny widok. Następnie zjedliśmy śniadanie i dalej w trasę do Sinop … ale po drodze przejeżdżaliśmy przez Bartin, gdzie poznaliśmy przesympatycznego człowieka …, który pomógł zakupić nam modem, dzięki czemu możemy zamieszczać informacje na blogu i facebooku i zdawać relacje z podróży. Ponieważ formalności przy zakupie oraz procedura uruchomienia karty u operatora trochę trwa, zostaliśmy zaproszeni na rodzaj lunchu tureckiego. Spróbowaliśmy typowej domowej kuchni tureckiej. Dostaliśmy danie z fasoli szparagowej z dodatkiem pomidorów i pysznych przypraw, makaron z jajkiem, do tego cacik (dżadżyk- czyli jogurt z wodą i tartym ogórkiem),ayran (ajran – czyli jogurt z wodą przyprawiony solą), zsiadłe mleko (smakujące prawie tak samo jak nasze), paprykę i przyprawę. Darek nie wiedział co bardziej jest pikantne podana nam zielona papryka, czy przyprawa z papryki więc zaczął maczać paprykę w papryce aż mu oczy zaczęły się szklić ale nie przestawał się uśmiechać. Oczywiście dostaliśmy także tradycyjny turecki cay (czaj – herbata). Po tak dobrym posiłku poprosiliśmy naszego „gospodarza” o pamiątkowy wpis na naszej masce. Wymieniliśmy się pamiątkami, dostaliśmy zakładki do książki, a my daliśmy pamiątkę z Wrocławia i polską flagę. Dalej ruszyliśmy w trasę … ostrzegali nas, że droga jest ciężka ale … nie uwierzymy póki nie zobaczymy i nie przekonamy się na własnej skórze. Trasa do Sinop … okazała się trasą bardzo malowniczą, krajoznawczą z licznymi serpentynami wijącą się pośród gór i ukazującą naszym oczom Morze Czarne. Jej trudność właśnie polega na męczących przez ponad 300km podjazdach i zjazdach z niezliczonymi zakrętami w doskwierającym upale oraz czasie jaki to zajmowało (3-4godz na 100km). Postanowiliśmy więc zażyć kąpieli, cóż za cudowne uczucie zanurzyć się w wodzie, nikogo na plaży, nikogo w wodzie po prostu marzenie. Jednak to szczęście nie trwało zbyt długo płyniemy sobie spokojnie a tu … meduza jedna, druga… no i sielanka się skończyła, bo może parzą? Tego na całe szczęście nie dowiedzieliśmy się. Opłukaliśmy się z solonej wody systemem prysznicowym zrobionym przez Darka i ruszyliśmy dalej serpentynami. Po długich i męczących godzinach wciąż krętej grogi, gdy zbliżaliśmy się do Sinop zaczęło padać, grzmieć i błyskać się. Ale postanowiliśmy zatrzymać się jeszcze i zobaczyć tym razem malowniczy zachód słońca. Po zrobieniu paru fotek ruszyliśmy dalej bo przed nami jeszcze jakieś 200km wciąż krętej trasy, na dodatek coraz bardziej mokrej. Darek bardzo cieszył się z burzy bo chciał uchwycić ją na zdjęciach, niestety tym razem się nie udało. Jak dojechaliśmy do Sinop przestało prawie padać a po burzy śladu nie było. Była 24:00 więc chcieliśmy szybko położyć się spać, zatrzymaliśmy się przed mega posterunkiem policji.

SONY DSC

Policjanci okazali się tak pomocni w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca do zaparkowania i przenocowania, że postawili „pół” miasta na nogi i pod eskortą policyjną pojechaliśmy na parking położony na klifie nad morzem. Tam wymęczeni w samochodzie spędziliśmy noc a rano ruszyliśmy zobaczyć miasto i jego bogactwo. Zaraz przy naszym miejscu noclegowym rozpościerają się niegdyś mury obronne miasta, wpadające do morza. Obecnie są one odrestaurowywane i zabezpieczane. Kawałek dalej znajdują się mury dawanego więzienia. Dla łatwiejszego poruszania się po mieście szukaliśmy mapy, policjant którego zapytaliśmy o to gdzie można taką mapę kupić zaprowadził nas na miejsce. Zaskakujący był dla nas fakt, że w informacji turystycznej nie dość, że mapę Sinop i okolicy dostaliśmy za darmo to jeszcze Turczynka pokazała nam na mapie co warto zobaczyć. Ludzie są bardzo mili, uczynni dla nas (może robi to tureckie godło na samochodzie oraz koszulki z naszym logo i zarysem Turcji) i za wszelką cenę starają się nam pomóc, choć czasami bariery językowe zmuszają nas nie tylko do korzystania z rozmówek polsko-tureckich ale także do używania „międzynarodowego języka migowego”.  Ponieważ trochę zgłodnieliśmy postanowiliśmy coś zjeść ja zdecydowałam się na baraninę, Darek wybrał kurczaka ale w drodze powrotnej spróbował także tureckiej grillowanej kukurydzy. Dzisiejszy dzień dla odmiany jest słoneczny i gorący (choć rano wcale się nie zapowiadało było pochmurni e i dość rześko ale w pobliżu są góry, zresztą sam półwysep Sinop też jest pagórkowaty i odczuwa się wpływ północnego wiatru znad Ukrainy). Postanowiliśmy wrócić do samochodu, przebrać się i na plażę, udało nam się być na plaży Żółte Piaski ale na półwyspie znajdują się także Białe i Czarne Piaski. Upał, a Morze Czarne dość chłodne jednak po chwili ciało się przyzwyczaja, jedyny mankament to znów meduzy. Ale plażowiczów trochę jest i wielu się kąpie, więc i my przestaliśmy się przejmować miejscowymi stworzonkami.

7.07 Amasya

Do Amasya dotarliśmy po 23:00 i to bardzo odpowiednia pora była, ponieważ naszym oczom ukazało się wzgórze pięknie oświetlone, na zboczu którego znajdują się słynne grobowce skalne fantastycznie wyeksponowane (podświetlone), na szczycie stoi zamek również oświetlony a że jest późna pora nie możemy się nacieszyć widokiem. Widok jest o tyle zachwycający, że można dostać oczopląsu, z każdej strony coś interesującego. Poniżej wzgórza nad brzegiem rzeki jest szereg dawnych, utrzymanych w dobrym stanie Domów Osmańskich, a po drugiej stronie rzeki znajduje się swego rodzaju deptak, na którym zobaczyliśmy głowy dawnych władców Amasya oraz pomnik Strabona słynnego podróżnika i geografa. Podczas naszego wieczornego a właściwie nocnego spaceru po uliczkach Amasya dostrzegliśmy, że życie zamiera tu prawie zupełnie o 24:00 do tej pory uliczki tętniły życiem, sklepiki i restauracyjki były otwarte a po 24 jakby wybiła godzina policyjna, wszystko pozamykane, ludzie zaczęli znikać z ulic.. Mimo późnej pory chcieliśmy jeszcze wjechać na górę, żeby zrobić nocne zdjęcie Amasya jednak „Hołek” uparł się na swoją trasę i chciał nas poprowadzić nie dość że stromymi, wąskimi uliczkami, to jeszcze dodatkowo po schodach. Wąskimi uliczkami jeszcze byśmy dali radę ale parafrazując słowa Kazika:  po schodach samochodem raczej rady nie damy. Była już pierwsza dlatego dalszych prób oszczędziliśmy sobie i postanowiliśmy udać się na nocleg. Rano zmieniliśmy miejsce postoju na bardziej malownicze i u podnóża góry zjedliśmy śniadanie. Następnie postanowiliśmy zobaczyć w dzień ruiny zamku. Aby tam dotrzeć zaciągnęliśmy języka w informacji turystycznej. Tu także mile zostaliśmy zaskoczeni, gdyż zostaliśmy potraktowani jak goście, dostaliśmy materiały o okolicy oraz przewodnik po Amasya w języku niemiecki. Policjant w języku niemieckim wyjaśnił nam jak mamy dotrzeć na górę (mamy ich podpisy na masce). Na górę wiedzie droga około 2 km częściowo przez las ale większość drogi i tak jest nasłoneczniona. Dzisiejszy dzień jest słoneczny, a my na szczyt dotarliśmy w samo południe więc upał wdał się nam we znaki.

SONY DSC

Ale nie będziemy narzekać bo po tylu godzinach jazdy potrzebowaliśmy ruchu, a widok z zamku rekompensuje wszystkie niedogodności. Widać praktycznie całą Amasya. Po męczącym „spacerze” postanowiliśmy napić się tureckiej herbaty i tu znów bardzo mili ludzie (wiadomo żyją z turystów ale mogli by nalać herbaty skasować i tyle) „pogadaliśmy” trochę i wymieniliśmy się drobiazgami my dostaliśmy breloczek w kształcie jabłka (które jest symbole Amasya) z wizerunkiem domów osmańskich a my daliśmy smycz w barwach Polski z napisem Poland. Z powrotem spacerkiem w dół (też nie było łatwo) i na obiadek. Zamówiliśmy sobie dania typowo tureckie guvecte turlu (gueweczte tuerlue – warzywa gotowane w glinianym garnku w sosie pomidorowym), karniyarik (karnyjaryk – bakłażany nadziewane mielonym mięsem z dodatkiem cebuli, pomidorów i natki pietruszki), lahnacun (lahmadżun – mielona wołowina z pomidorami, cebulą, natką i przyprawami w cieście). Do tego dostaliśmy sałatkę z pomidorów, ogórków i cebuli z oliwą z oliwek i sokiem z cytryny lub jogurtem z przyprawami jak kto woli, dodatkowo podają zawsze pieczywo: bagietka, coś w rodzaju pity oraz ciasto pizzowe.  Do tego po napoju i zapłaciliśmy 25 TL (czyli ok. 50 zł). Z restauracji wyszliśmy syci i doświadczeni w nowe smaki a jedzenie było pyszne. W restauracji mieli bardzo fajne rozwiązanie, mianowicie uruchamiane były co jakiś czas nawilżacze powietrza miało się wrażenie morskiej bryzy (choć oczywiście Amasya jest daleko od morza). Mieliśmy w planie jeszcze zwiedzenie Gok Medrese Camii (Meczetu Błękitnej Medresy) jednak miasto się zakorkowało i postanowiliśmy się ewakuować.

Nasza dalsza trasa prowadzi do Tokat, miasto jeszcze większe bo ok. 110 tys. mieszkańców liczy ale jest mniej turystyczne. Wyruszyliśmy ok. 15:30 i zjechaliśmy ze wspaniałych dróg i wjechaliśmy w drogi przeznaczone dla naszego samochodu. Ku mojej uciesze napotkaliśmy osiołka będącego środkiem transportu a także krowy, które najczęściej same wracają drogą do domu albo prowadzone są przez dzieci lub starców. Udało nam się zobaczyć jak (biednie) żyją Turcy na takich maleńki wioskach, prowadzą przydomowe ogródki, pola nawadniają wodą z rzeki za pomocą stworzonych kanalików. Dalej niestety i ja musiałam usiąść za kierownicę na offroadzie (do tej pory jeździłam tylko DROGAMI) a Darek wziął maczetę i poszerzał drużkę. Nigdy nie przypuszczałam, że maczeta może nam się przydać w Turcji. Trasa niczego sobie … a widoki … góry, doliny, przepaście i wąsko. Jest 22:00 docieramy do Tokat i tu spędzimy noc a rano … Co będzie rano to zobaczymy kiedy wstaniemy, ale jeszcze zanim dojechaliśmy na miejsce noclegowe zostaliśmy wygonieni sprzed siedziby policji i nie wiemy czy martwili się bardziej o nasze, czy o swoje bezpieczeństwo. Po drodze doholowaliśmy do stacji benzynowej zakręconych pozytywnie młodych Turków, chcieli bardzo nam się odwdzięczyć i pomóc w znalezieniu możliwości kąpieli czy też zwykłego prysznica ale niestety na stacjach benzynowych nie ma takiej możliwości, dlatego byli w stanie o północy otworzyć Alipassa ( łaźnię ale tylko dla mężczyzn). … może innym razem.

SONY DSC

8.07 Tokat, miasto odmienne niż te które widzieliśmy do tej pory, głównie ze względu na ludzi. Z jednej strony ciekawi nas a drugiej wciąż nas obserwujący i oceniający. Może dlatego, że nie zagląda tu wielu turystów. Mimo naszej „odmienności” a może właśnie dlatego rano gdy szykowaliśmy się do dalszej jazdy dostaliśmy od chłopców myjących samochody w komisie samochodowym  turecką herbatę. Podjechaliśmy do miasta  w poszukiwaniu informacji turystycznej i znów herbata (a mój żołądek chyba ma już dość herbaty i odmawia przyjęcia następnej). Zaskoczeniem dla nas był widok opancerzonych wozów policyjnych jeżdżących wieczorami po mieście. W Tokat wiele nie zobaczyliśmy ponieważ była sobota, informacja turystyczna jak i zabytki zamknięte. Za to zjedliśmy pysznego kebaba przy zakupie którego przeraziliśmy się trochę gdy zobaczyliśmy cenę, jeszcze bardziej gdy poprosiliśmy by napisano nam ile mamy zapłacić – 4.000 szybko jednak okazało się, że to 4 TL (jakieś 8 zł). Spróbowaliśmy tu także sehriye corbasi czyli zupy z soczewicy (bardzo dobrze przyprawiona i bardzo pożywna). W Tokat jest także twierdza górująca nad miastem do zwiedzenia. Jednak my widzieliśmy ją tylko z dołu, ponieważ góra na której się znajduje, nie jest łatwa do zdobycia a my po wczorajszej wspinaczce w Amasya mamy przypieczone stópki, więc damy im odpocząć.

Z Tokat udaliśmy się do miejscowości bardziej turystycznej, położonej nad Morzem Czarnym. Pojechaliśmy tam, bo chcieliśmy spędzić dwa dni na campingu i odpocząć, wykąpać się w morzu … Mieliśmy jakieś 450 km do przejechania ale końcówka trasy była masakryczna, w górach, serpentyna ale do tego już zdążyliśmy się przyzwyczaić, jednak jakieś migające pomarańczowe światełka na skraju drogi ustawione, zastanawialiśmy się po co, po chwili wszystko się wyjaśniło. Góra ta ginie w chmurach, pada deszcz a widoczność spadła znacznie. Jadąc pod górę nie odczuwamy jeszcze trudów jazdy, światełka pomarańczowe wyraźnie wyznaczają nam krawędź jezdni. Docierając do szczytu wjeżdżamy w tunel, który ma ok. 1,5 km wnętrze jego jest okopcone. Mamy wrażenie jakby chciał nam opowiedzieć jakąś tragiczną historię. Uświadamia nam, że tunele  są niebezpieczne i trzeba zachować ostrożność. Wyjeżdżamy z tunelu i okazuje się, że warunki się pogorszyły, widoczność spadła do zera, światła nie pomagają. Mimo padającego deszczu Darek jedzie z otwartym oknem, wypatrując linii na drodze, by nie wyjechać na przeciwległy pas, a ja z prawej strony pilnuję czy aby na pewno nie oddalamy lub zbliżamy się od pomarańczowych świateł ostrzegawczych. Gdy wydawało się nam, że gorzej być nie może z mgły wyłoniła nam się słabo oświetlona jadąca jakiś 10 na godzinę, przeładowana ciężarówka a my nie mamy jak jej wyprzedzić (koszmar) i tak przez 30km żółwim tempem.

SONY DSC

Chcieliśmy zjechać i stanąć, ale gdzie? Z prawej migające światełka i przepaść z lewej dwa pasy drogi w przeciwnym kierunku i skalna ściana a zatrzymanie się na poboczu w takiej mgle to jak proszenie się o guza więc jedziemy za ciężarówką Darek zachowuje spokój i jest bardzo skupiony nic nie mówi i ja też nie rozpraszam go. Do Trabzon dojechaliśmy praktycznie rzecz biorąc w nocy, wymęczeni, po kampingu ani śladu, nikt tu o nim nie słyszał. W turystycznym mieście na stacjach benzynowych nikt nie mówi po angielsku ani po niemiecku. Znów pozostaje nam nasz zasłużony samochód. Stajemy na monitorowanym przez policję parkingu. Rano mieliśmy zwiedzić zabytki i zobaczyć rosyjskie prostytutki (ciekawe czy tu też są roznegliżowane?) miasto ciągnie się kilometrami, a pęd w tym mieście zniechęcił nas skutecznie do szukania ciekawych miejsc, do tego ulewny deszcz, sprawdzamy pogodę na Internecie – ma padać jeszcze dwa dni – to był gwóźdź do trumny poznania tego miasta. Jeszcze tylko szybka kąpiel w morzu (plaża zupełnie nieciekawa, tylko plaże przyhotelowe mają piaseczek, gdzie indziej są kamienie i żwir) i dalej w trasę. Mieliśmy jechać do Rize, następnie go Gruzji i do Kars. Plany jednak musieliśmy zmienić ponieważ w Kars trwają zamieszki, jest niebezpiecznie i policja odradziła nam jechanie w tamtym kierunku. W nowych planach pojawiła się miejscowość Erzurum.  Znów przez tę górę w chmurach, podjazd był nieciekawy, deszcz i chmury ale po przejechaniu tunelu jak w innej bajce, słońce co pozwoliło trochę ujrzeć okolicę. Czyżby Trabzon było zagłębiem złej pogody?

10.07 Erzurum

Na trasie z Trabzon do Erzurum Darek doczekał się kontroli policyjnej za zbyt szybką jazdę samochodem. Dostaliśmy mandat 140 TL do zapłaty w każdym banku jak twierdził policjant. Jeśli zapłacimy w ciągu 15-tu dni dostaniemy rabat, ponadto jeśli nie zapłacimy mandatu nie zostaniemy przepuszczeni przez granicę. Wieczorem dotarliśmy do Erzurum. Symbolem miasta są dwie wierze, które można zobaczyć w wielu miejscach (np. na ławkach, chodnikach). To na cześć najwspanialszego zabytku czyli Çifte Minareli Medrese (Medresa Dwóch Minaretów) z 1253 r. na parterze i na piętrze są cele dla studentów. W mieście znajdują się także trzy grobowce seldżuckie, kryte stożkowym zadaszeniem. Tylko jeden z nich został zidentyfikowany, należy do emira Sułtana Saltuka. Erzurum w czasach bizantyjskich nosiło nazwę Teodozjopolis od cesarza Teodozjusza, który wskrzesił wymarłą osadę  (oczywiste zatem, że musieliśmy się tu znaleźć). W 1919 r. odbył się tutaj kongres pod przewodnictwem Atatürka, na którym określono przyszłe granice Republiki Tureckiej. A w 1939 r. miało miejsce głośne trzęsienie ziemi, które pochłonęło 40 tys. ofiar i zniszczyło znaczną część zabytkowych budowli. W związku z częstymi trzęsieniami ziemi w tym rejonie minarety w, przeciwieństwie do innych regionów kraju, są stosunkowo niskie i grube. Jest to jedno z najzimniejszych miejsc w Turcji, w zimie temperatura spada nawet poniżej -40 stopni Celsjusza. Zaraz przy wjeździe zaskoczył nas widok stadionu piłkarskiego, hali do hokeja oraz skoczni narciarskiej. Rano postanowiliśmy zwiedzić miasto, zobaczyć zabytki oraz coś zjeść. Niestety w Turcji rano podawane są różnego rodzaju zupy, poprzestaliśmy dlatego na bananach i udaliśmy się na poszukiwania banku. Po drugiej wizycie w banku i nie załatwieniu sprawy, postanowiliśmy zaciągnąć języka u źródła, które wystawiło nam mandat. Okazało się, że możemy go zapłacić tylko na głównym komisariacie lub w czymś w rodzaju urzędu skarbowego. Za wskazówką policjanta udaliśmy się taksówką na komisariat główny, tam uiściliśmy mandat, w sumie zapłaciliśmy 105 TL, czyli upust dla turysty był. Następnie chcieliśmy się udać w miejsce wskazane nam przez pracownika stacji benzynowej, na której tankowaliśmy. Jedziemy sobie na wzgórze upamiętniające Turecko –Rosyjską bitwę o Erzurum z 1877-1878r. Zatrzymaliśmy się przy jednostce wojskowej aby zapytać czy tą drogą dojedziemy, a tu… policja za nami, czyżby znów złamany przepis? „Darek co znowu zrobiłeś?”Jednak nie, zostaliśmy zaproszeni na herbatę na komisariat przez samego szefa policji w Erzurum. Policjant kazał zawrócić, grzecznie wykonujemy jego polecenie i jedziemy za nim na posterunek. Trochę pogadaliśmy o tym skąd jesteśmy, i gdzie jedziemy. Następnie zostaliśmy zaproszeni w „magiczne miejsce”, na czym polega jego magiczność? To niewielkie wzniesienie, patrzymy, patrzymy nic nie widać, przesiadamy się do radiowozu i… stoimy na początku podjazdu, zaciągnięty ręczny. Policjant wrzuca na luz, odsuwa fotel by pokazać nam, że nie dotyka pedałów, spuszcza ręczny i co… podjeżdżamy pod górę. Trochę dziwne zjawisko, czyżby jakieś czary? Zawracamy, zjeżdżamy na dół,  stajemy tyłem do podjazdu pod górę i samochód znów sam podjeżdża. Jest to dla nas nie do pomyślenia i gdybyśmy sami tego nie doświadczyli to nie uwierzylibyśmy. Następnie policjanci zabierają nas w jeszcze jedno miejsce – to grobowiec niesamowicie zdobiony, fantastyczna architektura ale znów… zaskakująca jest długość grobu, po co taki duży, czyżby jego rodzinę także tam pochowano? A no nie. W Abdurrahman Gazi Cami znajduje się grób najwyższego człowieka, mierzył 4,85m. Zapytaliśmy policjantów dlaczego szef zaprosił nas na herbatę i pokazał te miejsca, odpowiedzieli, że do Erzurum turyści nie zaglądają, więc jak już się pojawiliśmy to trzeba o nas dbać. Tak kończy się nasza przygoda w Erzurum, oczywiście jeszcze pamiątkowy wpis i jedziemy na wspomniane wcześniej wzgórze, tam znajdują się ruiny fortu z wojny turecko-rosyjskiej. Ponadto znajduje się tam pomnik tureckiej kobiety z dzieckiem na plecach i karabinem w ręku – to pierwsza ofiara tej krwawej wojny. Wzgórze z fortem jest miejscem pamięci tych okrutnych czasów. Są tam płaskorzeźby pokazujące walczących żołnierzy wręcz, znaczyłoby to iż walka była zacięta i na bardzo bliski kontakt.

SONY DSC

Wyjechaliśmy około 15-tej, trochę kilometrów przed nami więc postanowiliśmy pojechać asfaltem. Po jakimś czasie znudziło się nam i wyznaczyliśmy „Hołkowi” nową drogę, bardziej malowniczą prowadzącą przez góry. Słońce świeci, zadowoleni jedziemy drogami gruntowymi, aż tu nagle most ale złamany a my musimy przejechać na drugą stronę rzeki, poszukaliśmy miejsca gdzie można by ją bezpiecznie przekroczyć. Niby jest ale trzeba sprawdzić, idę i… wejść, czy nie wejść do rzeki zastanawiam się trochę aż Darek mówi, żebym się pośpieszyła bo nas tu deszcz zastanie. I co można powiedzieć? Tylko tyle, że z niego wrona. Pilotuję go by przejechał przez brud, a tu kap, kap a krople coraz większe. Teraz tęcza może ma nam wynagrodzić tę niepogodę. Ok.  Jedziemy dalej, leje coraz bardziej to już oberwanie chmury, znów drogi nie ma trzeba w jakiś wąwóz wjechać i znów rzekę przekroczyć i jedziemy dalej, ale drogi coraz bardziej zalane. Nagle zaczyna padać grad a Darek patrzy na mnie i mów „potop, gradobicie co jeszcze nas czeka szarańcza i zaraza ?” Jedzie się coraz trudniej gładka piaszczysta droga zamienia się w glinianą maź nawet nie zauważyliśmy jak przejechaliśmy obok posterunku żandarmerii za to oni nas zauważyli i byli bardzo zainteresowani co tu robią ci zwariowani turyści. Dojeżdżamy do kurdyjskiej wioski a w niej zniszczony most obok nowy tyle, że jeszcze niedokończony szukamy brodu przecież muszą jakoś przekraczać rzekę krótka chwila na rozpoznanie i już po drugiej stronie chodź auto już ma problem z utrzymaniem się na drodze to jedziemy dalej nie chcemy tu utknąć. Z naprzeciwka traktorami „tubylcy”, czyli miejscowi Kurdowie zatrzymują nas i odradzają nam dalszą jazdę w górę, z łamanej angielszczyzny i języka migowego wynika iż dalsza droga jest niebezpieczna w górach „wąskie, śliskie a na dół daleko”. Zawracamy (zdrowy rozsądek górą) i jedziemy za nimi, prędkość jakieś 20 na godzinę. Chwila nieuwagi i zmyło nas z drogi do rowu. Reakcja miejscowych była natychmiastowa, podjechali traktorem, ale rozkładają ręce bo niema liny a Darek spokojnie rozciąga linę z wyciągarki, wreszcie mamy możliwość sprawdzenia naszej wyciągarki. Niestety było tak ślisko, że nie udało mi się tego całego zajścia sfilmować, jak wysiadłam z samochodu to wpadłam po kostki w glinę w dodatku pośliznęłam się i zjechałam na dno zanim wygramoliłam się było po wszystkim a na butach (moich niezastąpionych croksach) po kilogramie gliny mi zostało. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Ujechaliśmy kawałek dalej kierując się na łatwiejszą drogę (wracając musieliśmy znów przekroczyć rzekę która już lekko wezbrała) a tu patrol wojskowy. Chcieliśmy jechać dalej ale zatrzymują się na drodze w którą mamy skręcić, więc pomyśleliśmy, że skontrolują nas (wspomniane było na ten temat w przewodniku, że we wschodniej Turcji kontrole wojskowe zdarzają się często). Kontroli nie było. Poznaliśmy kolejnych bardzo ciekawych ludzi. Okazało się, że punkty wojskowe powiadamiają się nawzajem o takich „przypadkach” jak my, dlatego też już od pewnego czasu byliśmy obserwowani. Zostaliśmy poczęstowani wojskową kolacją. Noc spędziliśmy pod jednostką w samochodzie, a rano (12.07) zjedliśmy razem śniadanie. Następnie pojechaliśmy z żołnierzami na patrol okolicznych gór. Dla nich to praca, dla nas piękne widoki (byliśmy na wysokości ponad 2500m n.p.m.). Tradycyjnie poprosiliśmy o podpisy na naszej masce, poczęstowaliśmy ich polskimi sucharkami wojskowymi oraz daliśmy polskie piwo. W rewanżu poza wspaniałą gościną dostaliśmy turecki miód (który smakuje trochę inaczej niż polski) oraz turecką przyprawę z czerwonej papryki. Jeszcze jedna sprawa wprawdzie wczoraj przy ześlizgnięciu się do rowu nic nam się nie stało ale samochód pod górę bardzo słabo jedzie tak jakby tracił moc. Podejrzenie pada na zapchany filtr paliwa, ponieważ dwa dni temu zatankowaliśmy tańsze paliwo (za ok. 6,60 zł za litr). Po zajrzeniu pod maskę już było oczywiste, że w tym tkwił problem. Na całe szczęście dostaliśmy zapasowy filtr od TOYOTA Nowakowski. Filtr został wymieniony, więc dalej w trasę ale nie skończyło się na pożegnaniu bo przyszła pora obiadu i komendant żandarmerii nawet nie chciał słyszeć o wyjeździe bez obiadu, zwłaszcza, że ja tak „marnie wyglądam”. Oczywiście jedliśmy to co żołnierze (kurczak z rożna, makaron w sosie jogurtowo pomidorowym oraz sałatka z pomidorów, ogórków i cebuli, a na deser şekerpare (szekerpare okrągłe biszkopciki nasączone sosem z wody, cukru i cytryny). Jeszcze tylko herbatka i … jedziemy do Agri (12.07 godz.14:00) z myślą iż poznaliśmy naprawdę fantastycznych ludzi. Minęliśmy Agri i znów zaczyna padać a naszym celem jest zobaczyć najwyższy szczyt Turcji czyli Góra Ararat liczącą ok. 5.122m n.p.m. Dojeżdżamy do miejscowości Doğubayazit (od Iranu dzieli nas już tylko kilkanaście kilometrów) i naszym oczom ukazuje się wulkaniczny szczyt. Właściwie są to dwa szyty i dwa wulkany. Mały Ararat (Küςük Ağri) – wulkan wygasły i Duży Ararat (Büyük Ağri) – wulkan drzemiący, który nawet teraz jest ośnieżony. Legenda głosi, że osiadła tam po potopie arka Noego. Jedziemy dalej do miejscowości Doğubayazit, to wojskowe miasteczko, większość terenu zajmuje jednostka wojskowa, w której widać czołgi i inne pojazdy wojskowe mniej lub bardziej opancerzone. Jednostka policji też posiada wozy opancerzone, widać, że zdarzają się tu różne incydenty jak to oni mówią z terrorystami a tak naprawdę z partyzantką Kurdyjską, czy też Irańczykami. Gdy pytamy o drogę w jednostce są bardzo ostrożni, początkowo nawet nie pozwalają się zbytnio do bramy zbliżyć, po chwili pokazują drogę i informują, że w stronę Ararat jest niebezpiecznie i mogą znajdować się terroryści ale wspinaczka na wysokość ponad 5 tys. m n.p.m. nie dla nas z wielu powodów: nie jesteśmy przygotowani, nie mamy przewodnika i co najważniejsze zgody na wejście bez takiej zgody nas zatrzymają. Dalej nasza droga prowadzi za jednostką wojskową w górę do Ishak Paşa Sarayı, pałacu położonego na wysokości 2 tys. m n.p.m. został zbudowany przez kurdyjskiego emira, łączy różne style, niegdyś znajdowały się tam pozłacane wrota. Niestety do środka pałacu nie udało nam się dostać ponieważ czynny jest tylko do 17, a my byliśmy o 18. Niestety to urokliwe miejsce mogliśmy podziwiać tylko z zewnątrz. Samo wejście jest fantastycznie ozdobione wspaniałymi rzeźbami. Na zboczu przeciwległej góry wydać pozostałości po murach obronnych. Ruiny nas urzekły ale nie możemy to zostać, miejsc w hotelu brak a miasto przyprawia nas o dreszcze za dnia to co będzie w nocy, decyzja zapada jedziemy do Van aby nie kusić losu.

SONY DSC

Darek i Agniszka Teodorwscy

avatar

Author: Marcin Gerc

Moja przygoda z off-roadem rozpoczęła się blisko 15 lat temu od zakupu Land Rovera Discovery. Wcześniej jako kibic byłem na jednym czy dwóch Wertepach, na wczasach jeździłem wypożyczonym Samurajem, a z kolegą udało nam się po klamki zakopać Vitarę na poligonie w Drawsku. Jednak to dopiero własny Land Rover rozpoczął prawdziwą przygodę. Przygodę, która wciągnęła mnie tak mocno, że każde wakacje staram się spędzać na terenowym wyjeździe, że nie wystarczały mi już samochody 4x4 i postanowiłem spróbować sił na motocyklu, a teraz naszło mnie jeszcze aby dzielić się pasją z innymi. Tak powstało Passion4travel.pl

Share This Post On