Tunezja 2008. Grupa dziwaków.


DSC_0346

Rozdzieliliśmy się! Samochody z większą częścią wyposażenia szybko jadą dalej, motocykliści – każdy z butelką wody i śpiworem – pokonują trasę dużo wolniej. Razem się nie dało.

Jeszcze przed wyjazdem z Polski myśleliśmy, że będzie dokładnie odwrotnie, że to Oni będą śmigać, a my wydobywać z piachu 3 tonowe auta. A tu proszę, już na pierwszych kilometrach suchego, Tunezyjskiego piasku ciężkie BMW GS1200 z kuframi stawały dosłownie co kilkaset metrów. To było straszne, nam w samochodach było głupio i niezręcznie. Jedziemy razem. Motory kilkadziesiąt metrów z przodu, widzimy jak chłopaki cały czas stojąc walczą z ciężkimi maszynami. Trochę jazdy i pierwszy leży na boku. Podniesienie motocykla, kilkaset metrów i drugi leży. Gdy podjeżdżaliśmy do nich aby pomóc chłopaki byli zlani potem i ledwo żywi. Po kilku kilometrach postanowiliśmy maksymalnie odciążyć GS’y. Kufry na dachy samochodów, namioty też, duży zapas wody, wszystko na dach. Na motorach tylko niezbędne wyposażenie. Jest lepiej ale nadal nie jest dobrze. Motory ledwo dają radę, ich kierowcy też.

Siedzimy przy ognisku w dobrze znanej w Tunezji oazie Ksar Ghilane.

Jest nam ciepło, zjedliśmy kolację, pijemy to co przywieźliśmy do kraju z pełną prohibicją. Na początku wieczoru humory wszystkim dopisują, dzielimy się wrażeniami z pierwszych kilometrów po prawdziwej pustyni, chwalimy nasze samochody i trochę śmiejemy się z motocyklistów. Oni zostali parę kilometrów dalej – zaraz dojadą. Ale jakoś wciąż ich nie ma. Jest jeszcze wcześnie, jest widno, nie ma się czym martwić.

Jest później, jest ciemno, dzwonimy na telefon satelitarny jaki mieli ze sobą. Cisza. Nie odpowiadają.

Dobre humory uleciały, zaczynamy się martwić i zastanawiać się co możemy zrobić. Oczywiście w takich sytuacjach ktoś ma pretensję do kogoś, ktoś inny stara się wszystkich uspokoić, jeszcze ktoś inny śmieje się z całej sytuacji. Ale tak naprawdę wcale nie jest nam do śmiechu. Minęła 22, od dobrych 2 godzin jest ciemno. Znamy track jakim chłopaki mieli jechać, a szukanie ich w nocy na pustyni to idiotyzm. Staramy się dodzwonić. Bez skutku. Atmosfera jest gęsta. W końcu pik-pik, sygnał sms działa na wszystkich jak komenda Milczeć!, nocujemy tu gdzie jesteśmy, nasze koordynaty to xxx,  wodę jeszcze mamy, padamy na pysk, idziemy spać. Do zobaczenia rano. Uff, co za ulga. Zgodnie postanawiamy, że zaraz po śniadaniu jedziemy im na spotkanie. Nie było to potrzebne, Norbert i Adam wstali o 6, odpalili GS’y i o 9 byli u nas. Na śniadaniu.

Żandarmi na posterunku leniwym krokiem obchodzą całą naszą karawanę – dwa samochody i dwa motory.

Znudzeni sprawdzają paszporty, za to z uwagą przyglądają się wszystkim naszym papierom. Od dwóch dni jesteśmy w strefie militarnej. Teraz wjeżdżamy na ostatnią prosta, 50 km do Gadamesu (to już Libia). Droga dziurawa jak szwajcarski ser, niby asfalt, niby tarka – katastrofa. Lepiej jechać po piasku 200 m od głównego szlaku. Jadę ostatni, w pewnym momencie

Adam staje nagle swoim GS’em na środku drogi, zdejmuje kask i ciska nim o glebę! Podjeżdżam i słyszę „ja to pie###e,  na ch## ja tu przyjeżdżałem, od pier### się ode mnie!?.”

W GS’ie rozsypał się tylny amortyzator, a Adamowi puściły nerwy. Obraz nie jest wesoły, olej z amora cieknie stróżką i wolno wsiąka w pył drogi. Taka awaria setki kilometrów od serwisu BMW jest nie do naprawienia. Adam jednak po chwili słabości zbiera się w sobie, wsiada na motor i wszyscy ruszamy dalej. Parę kilometrów dalej pech przechodzi na mnie – przebita opona. Nie ma co, dzień i tak chyli się ku końcowi, więc postanawiamy znaleźć miejsce na nocleg. Wieczorem jedząc, pijąc i reanimując nasze maszyny odzyskujemy wolę walki. Przed nami główny cel wyjazdu. 200 kilometrowy odcinek w poprzek pustyni bez jakichkolwiek dróg z Al-Khadria do El-Borma .

Stajemy na szczycie pierwszej wydmy. Przed nami 40 metrowy zjazd i daje jak okiem sięgnąć góry piasku. Po horyzont. Każdy kto zobaczy coś takiego po raz pierwszy, zatrzyma się i zawaha. Jest uczucie – może nie strachu – ale napięcia, poddenerwowania. Tam gdzie jedziemy nie ma możliwości odwrotu, po prostu trzeba to przejechać. Dotrzeć do celu! Ruszamy.

Ognisko sypie iskrami, płomienie żarłocznie pochłaniają kolejne porcje pustynnej trawy, jego migotliwe światło nadaje miejscu magiczny klimat.

Siedzimy wokół całą naszą grupą. Motocykliści Adam i Norbert, załoga Nissana Jacek i Janusz (ojciec z dorosłym synem) oraz my z Land Rovera – Michał i ja z córką Adą. Tworzymy chyba najbardziej pomieszaną grupę jaką można by skompletować. Same kontrasty. Wiek od 16 do ok. 50-siątki, motory i samochody, landrover i nissan, uczennica gimnazjum, biznesmen, artysta? Powinniśmy rzucać się sobie do gardeł.

Wszyscy gadają jednocześnie. Michał opowiada historię wizyt w gabinecie medycyny naturalnej prowadzonej przez dwie siostry, Adam przygody z wojska gdy służył w marynarce wojennej i miał do dyspozycji służbowy wodolot, Ada dołącza się do rozmowy zasypując nas historiami ze szkolnych korytarzy. W pewnym momencie artysta Michał zachęca nas do malowania światłem.

Jest coś magicznego w pustyni, w podróżowaniu poza utartymi szlakami. Takie miejsca i takie momenty wyzwalają w ludziach emocje jakich próżno by szukać w codziennym życiu.

Text: Marcin Gerc
Foto: Jack i Janusz Ellert oraz Norbert Ofmański

 

 

 

 

Author: Marcin Gerc

Moja przygoda z off-roadem rozpoczęła się blisko 15 lat temu od zakupu Land Rovera Discovery. Wcześniej jako kibic byłem na jednym czy dwóch Wertepach, na wczasach jeździłem wypożyczonym Samurajem, a z kolegą udało nam się po klamki zakopać Vitarę na poligonie w Drawsku. Jednak to dopiero własny Land Rover rozpoczął prawdziwą przygodę. Przygodę, która wciągnęła mnie tak mocno, że każde wakacje staram się spędzać na terenowym wyjeździe, że nie wystarczały mi już samochody 4x4 i postanowiłem spróbować sił na motocyklu, a teraz naszło mnie jeszcze aby dzielić się pasją z innymi. Tak powstało Passion4travel.pl

Share This Post On