Na przekór Iggy’iemu – [Australia]

 Zaczynamy. Wieczór, 26 stycznia – Australia Day lot z Sydney do Perth. Początek nie wróżył nic dobrego, taxi spóźniło sie o 25 minut i z lekką paranoją ale zdążylismy na samolot. W Perth przywitało nas jeszcze bardziej tropikalne powietrze niż w Sydney. Niesamowita temeperatura i wilgotność, powietrze niczym ciężka zawiesina stało w miejscu. W Perth nocleg u ziomka z Lublina i ruszamy.

 Rano, kolejnego dnia naszej wycieczki po Australii, odbieramy “nasz dom” – toyotkę hiace campervan 2.4, tył napęd, uczymy się obslugi i ruszamy w trase. Odbierając furę pierwszy raz widzimy zdziwienie ludzi, gdy dowiadują się, że wybieramy się na północ do Exmouth. Przecież tam teraz lato czyli „hot & wet” nie do wytrzymania. Tu też pierwszy raz słyszymy imię Iggy, tropikalnego bandytę, który chciał nam pokrzyżować szyki. Iggy to tropikalny cyklon, który mocno naznaczy swoją obecnością nasz trip. Na tamtą chwilę przewidywali jego uderzenie w okolicach Exmouth, za jakieś 6 dni. Jakoś wtedy jeszcze zlaliśmy info o cyklonie…”ok, ok będziemy słuchać radia”.

Jedziemy. Pierwsze widoczki, ogólnie na czerwono, mocno czerwona ziemia i sucho zielona roślinność. Tu jest jeszcze nawet ruch, mijamy pierwsze road train’y (do 35m), a podczas wyprzedzania jednego jesteśmy zaskoczeni osiągami naszego domku – idzie 165. Road train’y nie są takie straszne jak nas przestrzegali, no może lekki strach pojawia się gdy droga jest wąska a on nie zwolni 🙂

Obserwujemy z daleka dziwne leje przypominające trąby powietrzne, nie domyslając się jeszcze ze to „bush fire”. Po kilkuset kilometrach wyrastają nam płotki na drodze i rangersi – droga zamknięta – bush fire. Na szczęście tu jeszcze da się objechać inną trasą. Można powiedzieć, że objazd momentami jedno pasmowy, podczas mijania z road trainem i chmurą czerwonego pyłu za nim był lekko hardcore’owy. Przez objazd już pierwszego dnia złamaliśmy dawaną nam przez wszystkich radę „nie jeździjcie po zmroku”. 

Mijamy pierwsze miasteczko Geraldton, ale dycydujemy jechać dalej po nocy do pierwszego celu – Parku Kalbarri. Pierwsza noc i pierwszy raz w życiu widzę takie niebo. Ogromna ilość gwiazd, bardzo mocno świecący kawałeczek księżyca, wyraźnie widoczna droga mleczna, gwiazdy i księżyc wydają się być znacznie niżej i bliżej ziemi.

Po drodze, zbliżając się do Parku Kalbarri obserwujemy pierwsze kangury. Na tę chwilę wyprawy, mocno podekscytowani ciągle się zatrzymujemy, cofamy, wysiadamy, próbujemy podchodzić, robić fotki. Ruch na drodze, jak to w odludziach zerowy więc można tak dziwnie się zachowywać 🙂 Kangurów juz sporo więc jedziemy powoli. W tej krainie kangury są płochliwe i obserwujemy je jedynie po zmroku.

Kimamy na dziko, w miasteczku przy Parku. Pierwsze duże nasilenie komarów i innych nieokreślonych latających syfów. Wcześnie rano obudził nas ranger parku i solidnie opieprzył, że nie mogliśmy tam spać i żebyśmy spadali.

Informacja turystyczna, poznajemy kilkoro ludzi podróżujących tam gdzie my. Lekko się pocieszyliśmy, że nie jesteśmy sami. Tu niestety dowiadujemy się, że część drogi do naszego następnego celu jest zamknięta z powodu pożaru buszu i nie wiadomo kiedy otworzą (nawet kilka dni). Na tym etapie naszej trasy jest to już jedyna droga więc brak objazdów. Dodatkowo znowu nas tu straszą Iggy’im 

Oszołomieni nieciekawymi informacjami zaczynamy zwiedzać okolicę. Na początek olbrzymie, minimum kilkunastopiętrowe klify nad oceanem. Temperatura 40 lub powyżej. Klify i okolica to pierwsze miejsce o wysokim natężeniu much i szarańczy. O ile szarańcza wydaje się niegroźna i tylko setkami ewakuuje się z krzaków w stronę ktorych idziesz, jedynie czasem uderzając w ciebie, to muchy…. masakra. Lata ich dookoła ciebie kilkadziesiąt lub kilkaset. Obsiadają ciało, dobra luz, da sie wytrzymać, ale twarz to już przegięcie. Obsiadają całą twarz, wlatują do nosa, uszu, siadają na ustach, wchodzą do oczu po okularki. B. próbuje z nimi wygrać siłą spokoju, ale nie daje rady. Ja owijam wokół głowy koszulkę.

Następnie jedziemy nad Pink Lake. Jak nazwa wskazuje… różowe jezioro z różową wodą. My, po naszemu wbijamy z drogi nad jezioro na dziko. Wlazimy na jakąś mierzeję, wali niekiepsko jakimś amoniakiem czy mocznikiem. Po drodze mineliśmy jakiś szlaban z tabliczką, ale po co przeczytać, że to teren jakiejś firmy chemicznej i prowadzą tu badania. Lepiej próbować sprawdzić różową wodę, wchrzanić się w chemiczne szare, śmierdzące błoto i czyszcząc się zatrzeć oko i twarz jakąś chemią. Tak, to ja.

Mijając ponownie miasteczko dowiedzieliśmy się, że otworzyli odcinek naszej trasy do miejsca, w którym jest skręt do kolejnego celu. Tymczasem Kalbarri Park właściwy. Pierwsze miejscówki i pierwszy dłuższy off road (zabroniony dla naszego camperka) 27 km w jedną stronę. Tu jeszcze damy radę bez 4×4. Wertepy solidne, sporo piachu i dziur, raz droga żółta, raz czerwona. Dopiero po kilku kilometrach zauważam, że tu albo da się jechać 10 km/h albo 60-70 km/h, a wszystko pomiędzy jest nie do wytrzymania pod względem drgań, hałasu i telepania. Wybór jest prosty, są momenty strachu na zakrętach i na dziurach, ale czujemy się jak na Dakarze. Po drodze konkretne widoczki i dziwne rośliny. Chodzimy po parku w ekstrymalnych warunkach, na dole kanionu jest dziś 48-49 stopni, ziemia i skały parzą w stopy przez buty. Świetne widoki, ogromny czerwony kanion, a na dole ciepla słona rzeka, w której odpoczywamy dłuższy czas. Nad rzeką czarne łabędzie – symbol stanu Western Australia.

 

Jest znowu późno, ale mając na uwadze, że otworzyli drogę do kolejnej miejscówki, a czas mamy ograniczony ruszamy dalej, znowu po ciemku. Ostatkami sił docieramy do Road House (stacja benzynowa, sklep, miejsce do jedzenia i spania) Overlord, w ktorym jest skręt do kolejnej krainy – Shark Bay. W road house’ie potworny syf, ogromne karaczany biegaja jeden za drugim po ziemi i scianach kontenerów, duża ilośc innego latającego syfu. Jak w jakimś horrorze. Łazienka to samo, oprócz ciebie kilkadziesiąt róznej maści i wielkości insektów i pajęczaków i syfiasta, odsalana woda.

Wynosząc się z tego syfu jeszcze dostaliśmy opieprz od kolesia z obsługi, gdy zapytaliśmy o drogę (bush fire) i cyklon. Krzyczał coś, że dosyc ma głupków takich jak my, że jesteśmy debilami, że chcemu zginąć, że nie wiemy co to cyklon itd. No w sumie nie wiemy, w końcu z Polski jesteśmy. Niestety droga dalej na północ jest zamknięta, więc już wiemy, że skręcamy tu do Shark Bay i zwiedzamy. Pierwsza miejscowka na trasie jest stara stacja telegraficzna (przerobiona na informacje turystyczna), bowiem pareset metrow stad idziemy ogladac najstarsze zyjątka na swiecie. Stromatolity, żyjące skałki w kolorach szarych, brazowych i czerwonych. Mają ponad 3 mld lat i wytworzyły 10-20% tlenu na ziemii. To kolejne miejsce o wysokim natężeniu much. Są wszędzie. Dodatkowo przeżywam atak jakiegoś dużego żuka, który wyraźnie atakuje moje kolorowe spodenki.

Teren nad oceanem w tym miejscu składa się tylko i wyłącznie z muszelek, malutkich posklejanych ze sobą muszelek. Ani grama piasku. Mijamy też „kopalnię muszelek” czyli miejsce gdzie pierwsi osadnicy wycinali te muszelkich w blokach jak pustaki i budowali z nich domy. W okolicy stoi jeszcze kościół z takich muszelek. Pływając się na pobliskim Shelly Beach spotykamy w końcu jakiś innych turystów i po raz pierwszy obserwujemy ludzi kąpiących się w oceanie, jak to nazwaliśmy „na morsika”. Ludzie po prostu siedzą w ciepłej wodzie po szyje i rozmawiają.

Wracając off road’em z kolejnej miejscówki, gdzie można było obserowować lemon sharks, nervous sharks i diugonie natykamy się na pierwsze emu. Kilka sztuk – rodzinka emu powoli przechodzi nam porzez drogę i się oddala. Oczywiście stajemy i próbujemy podejść, emu zdają się w ogóle nas nie zauważać i powoli odchodzą.

 

Docieramy do Denham (600 mieszkańców), jedynego miasteczka w Shark Bay. Po uzupełnieniu zapasów żywności decydujemy się jechać dalej do położonego obok Monkey Mia, które okazuje się być tylko dużym kempingiem położonym na skraju Parku Narodowego Francois Peron. Kemping pełna kulturka, aczkolwiek są i muchy i inne atrakcje jak chociażby latające ptaszki w łazienkach I jaszczurka w kabinie prysznica. Podczas formalności na kempingu dowiadujemy się, że zmienił się tor Iggy’iego I teraz jego planowane uderzenie jest dokładnie w miejscu, w którym się znajdujemy. W sumie dla nas to na plus bo znaczy to, że jak otworzą drogę dalej na północ to będziemy mogli bez obaw o cyklon pojechać do Exmouth. Pomimo, ze planowane uderzenie cyklonu ma być za jakieś 3 dni I cyklon obiżył swoją kategorię do dwójki, ludzie z recepcji pouczają nas na temat ewentualnej ewakuacji…

Snurkowanie w Monkey Mia bez większych atrakcji, dodatkowo Iggy obniżył już znacznie widocznośc w wodzie, aczkolwiek B. dostrzeg ł raz przy dnie Wobbegong Shark. Po wieczornej przechadzce po parku w poszukiwaniu zwierzątek (duże kraby, jaszczury i kangury) siedzimy sącząc burbonik, gdy nagle zrywa się mocny wiatr. My uradowani, że w końcu może będzie lżejsza noc, zawsze to przyjemniejsze 30 stopni z wiatrem niż bez. A tu nagle “pyk” i koniec wiatru, jakby ktoś przełączył guziczek na off i jeszcze gorętsza noc niż poprzednie. Tego dnia stwierdzamy również, że muchy z komarami pracują na wyraźne zmiany. Jak tylko zachodzi słonce muchy znikają, a pojawiają się komary.

Kolejny dzień zaczynamy od karmienia dzikich delfinów, które przypływają w to miejsce od 50 lat. Ludzie z obsługi kempingu dokładnie różrózniają każdego delfina (po płetwie), a na kempingu wiszą rozrysowane drzewa genalogiczne przypływjących tu rodzinek. Przypływa ich około dziesięciu, w tym dwa malutkie, troche sie bawia, podplywaja do brzegu do ludzi, odplywaja. Przy okazji dowiedzieliśmy się ciekawych faktów z życia seksualnego delfinków. Otóż chłopaczki delfinki skrzykują się w grupkę, upratują sobie najlepszą laskę w stadzie. Wspólnymi siłami odciągają wybrankę od stada I później wiadomo co… brutalnie i po kolei. Ot, takie słodkie zabawy słodkich delfinków.

Oprócz delfinów mamy okazje obserowować przepływające żółwie i pelikana. Pelikan wygląda śmiesznie, a jego duże żółto-czarne oczy wyglądają jak sztuczne.

Oczywiście my byśmy chętnie popływali z dzikimi delfinami, jednak w miejscu ich karmienia nie wolno. Ale, biorąc pod uwagę fakt, że delfiny pływały również kawałek dalej postanawiamy następnego dnia rano ze sprzętem wybrać się popływać w okolicy licząc, że do nas podpłyną.

Uffff co za ulga, udało nam się kupić coś super skutecznego na muchy – siatki na łeb J Niesamowita ulga, już niestraszne nam miejscówki o wysokim natężeniu muszysk. Zmierzając w stronę domku natykamy się na solidne stado emu. Kilkanaście sztuk, dużych I małych. Większośc sobie spokojnie chodzi, tylko jakieś trzy gdaczą, warczą, walczą ze sobą i ganiają się, mało mnie przy tym nie taranując. Docieramy do campervana, a tam… kolejnych kilkanaście sztuk emu, z czego kilka podeszło na poranną kawkę pod sam samochód. Nie boją się w ogóle, my boimy się ich bardziej, niż one nas.

Po południu, po paru godzinach w oceanie idziemy połazic po parku. Niestety możemy tylko zwiedzić okolicę, gdyż większa część tego parku jest dostępna już tylko dla samochodów 4×4 – głęboki piach. Nie jest to jednak wielkie zamrtwienie, bowiem dowiedzieliśmy się, że własnie otworzyli drogę w kierunku Exmouth, więc kolejnego dnia I tak ruszamy dalej. Podczas eksplorowania parku po raz pierwszy poważnie boimy się o siebie. Byliśmy pare km od kempingu, gdy nagle niebo zaczęło zmieniać kolory z błękitnego na granatowy a później już gdy widoczna była idąca burza na białe. Mija kilka minut gdy zaczyna wiać bardzo mocny wiatr mocno ciskający w nas piaskiem. Powoli robi się strasznie, strzelają pioruny, zaczynają padać olbrzymie krople deszczu. Uderzają w ciało z taka siłą, że boli jak cholera. Biegniemy do domu, w takcie obserujemy, że w ciagu jakiś 30 sekund nagle plaza zniknęła pod wodą. Pod drodze mijamy kolejną rodzinkę emu, która zarówno nas, jak i straszną dla nas burzę ma gdzieś. Poobijani burzą tropikalną docieramy do domu. Nagle B. krzyczy, że ma coś na ręce i zrzuca to na ziemie, a ja rozgniatam to leżącą obok muszlą. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawe, że to co rozgniotłem swoja budową bardzo przypominalo…skorpiona.

Tego dnia doświadczamy jeszcze dwóch burz tropikalnych, z czego jedną spędzamy na brzegu pod łódką bowiem znowu wybraliśmy się do parku. Owe burze tropikalne mają już ścisły związek z będącym jeszcze daleko, ale już mocno oddziaływującym cyklonem Iggy’im. Niebo przed, podczas i po tych burzach niesamowite. Zmienia się z minuty na minute przyjmując całą paletę kolorów – wszelkie odcienie niebieskiego, szarego, aż do granatowo-czarnego. Kształty chmur są również niewiarygodne.

Plan pływania z delfinami niestety nie wypalił. Delfiny następnego dnia po burzach w ogóle nie przypłynęły. Wobec czego ruszamy w kierunku Exmouth, po drodze odwiedzając kilka miejscówek, w tym akwarium położonego nad brzegiem oceanu, gdzie osaczeni chmarami much uczestniczyliśmy czynnie w karmieniu rekinów oraz innych przeróżnych stworów morskich (często dużo groźniejszych od samych rekinów). Dorosłe lemon sharks i nervous sharks (najpopularniejsze w tym rejonie) skacząc I wyrywając sobie kawałki mięsa swoim zachowaniem przypominają mi atakujące pitbulle. Poza tym wydają się dosyć nierealne, ciekawe przeżycie. Po drodze znowu rodzinki emu, które już na nas nie robią wielkiego wrażenia.

Po skręcie przy syfiastym Road House’ie zaczęły się nowe drogowe atrakcje. Co chwila, przy każdym zagłębieniu drogi pojawiają się znaki Floodway (miejsca gdzie regularnie droga jest zalewana), miarki do mierzenia poziomu wody (2 do 4m) oraz znaki wskazujące jak dalej biegnie droga. Jako, że czytaliśmy o tym wcześniej, wielkiego strachu w nas to nie już nie budzi. Lekką konsternację odczuwamy jedynie gdy trafiamy na rzeczywiście lekko zalane fragmenty drogi z całkowicie zalaną okolicą drogi. No cóż, mamy tylko nadzieję, że droga będzie przejezdna podczas naszego powrotu.

Droga jak droga, kolejne pustkowia, górki, śliczne widoki i powoli zmienijąca sie roślinność na jeszcze bardziej tropikalną. Po drodze pierwszy raz obserwujemy orły. Gdy staneliśmy okazało się, że zajadały się trupem kangura. To nieciekawy temat, ale wspomnieć trzeba. Cała Western Australia jest usłana nieżywymi, rozjechanymi kangurkami. Leżą przy drodze co chwilę, a im jedziemy bardziej na północ tym jest ich coraz więcej. Zdarza się, że w jednym miejscu, obok siebie leży kilka.

Dojeżdzamy do Carnarvon (5 tys mieszk.). Podczas wjazdu do miasteczka przez pozalewane tereny przeżywamy kolejną burzę tropikalną. Przez chwilę leje tak, że nic nie widzimy i musimy stanąć. Gdy przestaje padać okazuje się, że stoimy na parkingu w połowie zalanym przez rzekę wpadającą do oceanu. Miasteczko nazwałbym takie typowo cyklonowo-tropikalne, jak z filmów o cyklonach. Domki brzydkie, tandetne, parterowe, wiele razy naprawiane. Samochody stare, porozwalane. I ludzie – dziwni ludzie, i aborygeni i biali.

Dalej droga i kolejne dziwne zjawisko na niebie wywołujące lekki niepokój. Po lewej mamy piękne błękitne niebo i słoneczko, natimiast po prawej nieby przybrało kolor brązowy – kawy z mlekiem. To chyba były burze piaskowe, ale do tej pory nie wiemy bo udało nam się tego uniknąć, jechaliśmy wzdłuż tego zjawiska jakieś 100 km. Po drodze spotykamy jeszcze stada dzikich krów, dzikie kozy i stada owiec. Znów ciemno, ale postanawiamy dojechać już do końca. W tej krainie obserwujemy już znacznie więcej kangurów, a im bardziej zbliżamy się do Parku Cape Range tym jest ich coraz więcej. Dodatkowo w tych rejonach kangury są dużo mniej płochliwe i pojawiają się w ogromnych ilościach jeszcze przed zmrokiem. Podczas jednego z postojów dostrzegam w światłach vana coś jakby bardzo dużą stonogę jedzącą szarańczę. Dopiero w Polsce dowiaduję się, że była to skolopendra – gatunek wija, której ukąszenie powoduje ogromny ból i gorączkę ponad 40 stopni. A ja w klapkach.

O północy mijamy Exmouth, ale stwierdzamy, że jedziemy dalej w stronę Parku Cape Range. Kilkadziesiąt km za miasteczkiem zatrzymujemy się na campingu, po drodze mijając jeszcze ogromne anteny US I Royal Navy stanowiące największą bazę łącznościową dla łodzi podwodnych. Anteny podświetlone w nocy na czerwono plus pusta okolica sprawia, że czujemy się niczym w odcinku Archiwum X. Przez ostatnie 300 km mijaliśmy słownie jeden samochód – road train.

Kangurów robi się coraz więcej i więcej. Jedziemy bardzo powoli. Camping jak zwykle nieczynny więc wbijamy samowolnie (campingi tam nie są niczym ogrodzone), a rano załatwiamy formalności. W łazience okazuje się, że nasz żel został 400 km stąd w Monkey Mia. Pozostaje umyć się… pianką do golenia.

Rano nieciekawa informacja – przez Iggy’iego na rafie jest zmącona woda i słaba widoczność. Dodatkowo nurkowanie i snurkowanie z łodzi nieczynne – przez Iggy’iego. My jednak z nadzieją na snurkowanie ruszamy do Cape Range. Dodatkowo dowiadujemy się, że szanowny Iggy zmienił swój przewidywany tor i teraz zamierza uderzyć jeszcze niżej, w okolicach na północ od Perth. Wbijamy na teren parku, z rangerem przy wjeździe ustalamy najlepsze miejscówki do snurkowania na rafie, miejscówki do połażenia po parku oraz miejsce gdzie możemy zatrzymać się na noc. Ranger przestrzega nas przed silnymi prądami na rafie. Pierwsza miejscówka do snurkowania i załamka – widoczność zerowa. Na szczęście spotkani po chwili Francuzi pocieszają nas, że na innych miejscówkach jest ok, a przed chwilą widzieli właśnie grey reef shark. Cały dzień przemieszczamy się po miejscówkach przepływając na rafie dobrych kilka kilometrów. Zmieniając spoty do pływania poznajemy trochę ludzi (w sumie na kilkadziesiąt kilometrów Parku jest może nas w sumie 10 osób).

Ningaloo Reef przeszła moje najśmiejsze oczekiwania – 260 km cudownej, przepięknej rafy. Jest olbrzymia, wręcz całe pola i lasy korali ciągnących się często już prawie od samego brzegu (100-200m od brzegu) do jakiegoś km od brzegu. Korale są ogromne, a ilośc i różnorodność ryb olbrzymia. Pierwszy raz spotykamy ryby, które nie tyle, że się człowieka nie boja ale wręcz pływają za człowiekiem i swobodnie dają się dotknąć.

W Cape Range, przy rafie, dla odmiany zamiast much są gzy. Gryzą mocno i boleśnie także prawie nie ruszamy się z wody – wracamy tylko z rafy na płytką wodę, odpoczynek „na morsika” i z powrotem na rafę. W ten sposób robimy po dobrych kilka km w oceanie. W ciągu dnia stajemy się jeszcze kilka razy obiektem ataków niezidentyfikowanego bombowca – sporego buczącego insekta, który szczęśliwie dla nas po kilku próbach odpuszcza.

Sporym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że miejsca do pływania, pomimo, że często są oddalone od siebie po kilka km potrafią się całkowicie różnić pod względem rafy tj. rodzajów i wyglądu korali. Po 7 godzinach snurkowania czujemy się całkowicie spełnieni i jedziemy na sam koniec parku narodowego, gdzie jest miejscówka gdzie możemy przenocować, a dodatkowo walnąć traskę po parku wzdłuż dużego kanionu. Po drodze zawalenie kangurów, są już ich setki. Są momenty, że na raz widzimy przy drodze kilkadziesiąt kangurów.

Nasza wieczorna trasa po Yardie Creek jest urokliwa. Ogromny, czerwony kanion z rzeką wpadającą do oceanu na tle zachodzącego nad oceanem słońca. Świetne widoki, trochę wspinaczki po skałkach, nowe zwierzątko w postaci wallaby’iego górskiego. No i oczywiście, jak wszędzie w Australii mnóstwo ptaków wydających różnorodne dźwięki.

Późnym wieczorem realizacja kolejnego pomysłu – spacer z latarkami po brzegu w poszukiwaniu żółwi, które w tych okolicach składają jaja. Przy brzegu natykamy się jednak jedynie na setki dużych, żótych krabów, które potrafią nawet z nami walczyć gdy sypiemy je piachem. W którymś momencie podchodzimy bliżej do kolejnego kraba, widzimy, że coś trzyma w szczypcach i ucieka przed nami. Po chwili widzimy, że skurczybyk trzyma w szczypcach malutkiego żółwika, który jeszcze żyje. Szybka decyzja o ratowaniu żółwika i ganiamy kraba. Osaczone krabisko w końcu puściło żółwika i uciekło do oceanu. Bierzemy żółwika, jest cudowny, malutki, bardzo delikatny. Niestety lekko utyka na tylną nóżkę. Z wielką nadzieją, że przeżyje wchodzimy do wody i delikatnie rzucamy go na jeszcze głębszą wodę (z tego co pamiętam z telewizji, dla żółwi po przejściu plaży kolejną trudną przeszkodą jest pierwsza fala, które z powrotem wyrzuca je na brzeg, prosto w szczypce krabów). Niesamowite uczucie. Kojeny dzień upływa nam podobnie na snurkowaniu na różnych miejscówkach na bajecznej rafie, a popołudniu na eksplorowaniu kolejnej trasy w parku. Tym razem znowu idziemy kanionem, tylko, że tym razem całym w kamieniach, z wyschniętą rzeką i zarośniętym gęstym buszem. Na koniec znowu wpinaczka po skałach i zapierające dech w piersiach widoki zachodu słońca nad rafą i oceanem.

Tego dnia, kolejni nasi „snurkowi” znajomi widzieli rekina, my niestety jeszcze nie, ale samo snurkowanie na „spotach” budzi trochę strachu. Nie dość, że często odpływamy daleko od brzegu, a następnie prądy znoszą nas po paręset metrów wzdłuż rafy, to jeszcze w większości przypadków na danym spocie jesteśmy sami. Co najwyżej wymieniamy innych ludzi, którzy akurat w danym miejscu skończyli i jadą na kolejny spot.

Zwyczajowo po zmroku udajemy się do kolejnego celu – Coral Bay. Właściwie to już droga powrotna bo wcześniej Coral Bay ominęliśmy. Mijając latarnię w pobliżu Exmouth pzypomniałem sobie, że w pobliżu jest miejsce, które upodobały sobie żółwie. Decyzja wiadoma, stajemy, latarki i szukamy. Idąc w klapkach w kierunku plaży mało nie wdeptujemy w sporego pająka. Po kilku minutach chodzenia, wśród skałek przy brzegu znajdujemy kolejnego malutkiego żółwika, którego też wrzucamy na głębszą wodę.

Łazimy dalej, w końcu trafiamy jakieś ślady. Na początku wydaje nam się, że to ślady dwóch żółwi. Dochodzimy do jakiś dołów, przy czym są tak duże, że wydaje niemożliwe, żeby wykopały je zółwie. Nagle jakoś nieświadomie cofam się metr czy dwa, coś słyszę za plecami, odwracam się i szok, szok. Mało nie wpadam do dołu z nią – olbrzymią paręset kilową zółwicą, chyba gatunku żółw zielony. Wrażenie nie do opisania. Spodziewaliśmy się żółwia, ale nie takiego monstrum! Wiemy, że nie powinniśmy jej przeszkadzać, ale nie mozemy sie powstrzymac, chociaż chwileczkę. Żółwica na zmianę kopie ogromnymi łapami z dużą siłą piach, po około 30 sekundach zamiera w bezruchu, po czym znów po jakiś 20 sekundach nabiera kolejny oddech wydając przeraźliwy dzwięk niczym dinozaur. Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów, kiedy minął największy szok, uswiadamiam sobie, że mogliśmy tam zostać I z ukrycia obserwować dalsze wydarzenia. W tej ekscytacji nie przyszło nam to do głowy.

Rano, po przebudzeniu w Coral Bay, dowiadujemy się, że tuż obok organizują wyprawy łodzią na snurki i diving na rafie z olbrzymimi manta ray (do 800 kg), rekinami, żółwiami i diugoniami. Spontaniczna decyzja w 5 minut (bo to nasz ostatni pełny dzień) i płyniemy. Na pierwszej miejscówce, już dalej od brzegu, rafa jest jeszcze inna niż na siedmiu wcześniejszych miejscówkach w w Cape Range. Jeszcze większa, jeszcze ładniejsza i bardziej urozmaicona. Niewiarygodne. W tym miejscu udaje mi się m.in. popływać razem z dużym żółwiem. W kolejnym miejscu snurkujemy z manta ray. Oni najpierw je namierzają samolotem, a później łódka płynie w wyznaczone miejsce. Są niesamowicie duże, są mocno płochliwe, a pływają tak szybko, że ciężko za nimi nadążyć. Pływaliśmy, a raczej goniliśmy dwie duże manty. Podczas pływania z mantami widzę dwa pierwsze, nieduże baby sharks. W przerwie na lunch obserwujemy z łodzi żółwie, diugonie i rekiny. Kolejny spot i snurkowanie to już to na co czekałem – w jednym miejscu atolu w około którego będziemy pływać jest miejsce gdzie grey reef shark’i przypływają na…czyszczenie zębów (robią to małe rybki). Raczej zawsze tam są, ale załoga nic nie obiecuje mówiąc nam, że może nie być żadnego, a może ich być nawet 30. Rafa w tym miejscu jest całkowitym zwieńczeniem wyjazdu – jest jeszcze ładniejsza niż wszystkie poprzednie miejsca. No i są rekiny. Podczas tego pływania najwięcej na raz widzę pięć półtora-dwu metrowych. Są jakieś 4-5 metrów pode mną. Niesamowite przeżycie, nawet trochę jestem zdziwiony, że się nie boję. A wcześniej miałem niezłego pietra myśląc o rekinach na żywo. Przestraszyłem się na chwilkę tylko dwa razy. Raz gdy widziałem pod soba pięć rekinów a one w jednej chwili gwałtownie ruszyły każdy w inną stronę, i drugi raz gdy kawałek dalej za zszedłem dość nisko i z boku na odległość mojej ręki przepłynął rekin.

Były to grey reef sharks czyli mało agresywne, które raczej nie atakują ludzi. Bo jak to mówią w Australii groźne są wszystkie, ale mocno agresywne są właściwie tylko dwa gatunki, tu nie występujące.

Chwile strachu przeżyłem jeszcze gdy po znalezieniu ciekawej miejscówki z mnóstwem duzych ryb oddaliłem się od grupy. Po jakimś czasie okazało się ze jestem sam, do ludzi których rurki ledwo co dostrzegam mam jakies 200m, a do łódzi w inną stronę jakieś 300. Najśmieśniejsze jest to, że strach tylko był gdy wychylałem głowę ponad powierzchnię wody, pod wodą pełen luz.

Na ostatniej miejscówce, wracając na łódkę widzę, że strasznie dużo na około niej ryb. Pływam chwilkę wsród nich, nawet je dotykam. Po chwili wiem już dlaczego ich tak dużo, bowiem nagle jest ich już całe multum i już nie muszę ich dotykac… one dotykają mnie, uderzają i obcierają mnie niemiłymi w dotyku płetwami. Po prostu skiper rzucil trochę keksu do wody, a one jeden szał.

Po powrocie, skrajnie wyczerpani emocjami i pływaniem i tak decydujemy sie na popołudniowy wypad. Tym razem sa ta piaszczyste, ruchome wydmy koło Coral Bay położone nad zatoczką gdzie nie mozna pływać, żeby nie przeszkadzać w sexie nervous sharks – biedactwa są bardzo płochliwe, a to ich miejsce schadzek miłosnych. Wracając na plaży spotykamy poznaną na łódce parę – Francuza i Filipinkę. Właśnie idą z latarkami…. snurkować na rafie. Dobzi są, jeszcze nie nasz poziom odwagi. Podziwiamy.

Kolejnego dnia, już przed odjazdem idziemy jeszcze popływać – tym razem w okolice miejsca, gdzie przed 3 tygodniami tiger shark zaatakował człowieka. Tiger’y są duże i bardzo straszne z wyglądu, ale raczej też w ogóle nieagresywne. Jak widać wyjątki też się zdarzają, to był pierwszy od wielu lat atak tiger’a w tych okolicach.

Przed odjazdem próbujemy umyć vana z czerwonego pyły (tak nam radziła Pani z wypożyczalni, żeby uniknąc podejrzeń o jazdę off road), ale nam to nie wychodzi. Na dodatek słodka (odsalana woda) jest płatna. Ciekawym zjawiskiem jest też całkowity brak zimnej wody w kranie. Już u kolegi Perth leciała mocno letnia, a im bardziej jechaliśmy na północ tym woda w kranach była coraz cieplejsza, aż do gorącej.

Wracamy. Musimy się pospieszyć. Z netu wynika, że cała droga jest otwarta. Mamy do przejechania 1100 km. Po około 12h jesteśmy pod Perth. Rano żegnamy się z naszym domem i idziemy pozwiedzać Perth. Czujemy się delikatnie mówiąc dziwnie, nagle wśród tłumu ludzi i cywilizacji. Na dodatek trzeba być ubranym.

Nasz trip po WA okazał się największą przygodą i najlepszym czasem w moim 30-letnim zyciu. Przez te 11 dni nie tknąłem zabranych ze sobą gazet, ani razu nie leżeliśmy bezczynnie. Zamiast zakładanych 2800 km przejachaliśmy koło tysiąca więcej. B., pomimo że był już w kilku niesamowitych miejscach jak Tajlandia, Vanuatu, Nowa Zelandia, Fidżi, czy ciekawe zakątki Australii stwierdzil dokladnie to samo.