„MOBY DICK” – Mitsubishi L200 HP a.d. 2011

– czyli uterenowiona wersja “węglarki”

Dlaczego został tak nazwany ?

Związane to było z kolorem samochodu. W pierwszej wersji miał być czerwony wpadający w bordo (w takim odcieniu wypuszczane są Lancer’y), ale gdy dostawca „z przykrością” poinformował mnie, że niestety, ale w tym kolorze nie będzie mógł dostarczyć mi auta barwa została zmieniona na grafitowy, a potem na biały.

Kiedy w końcu po kilku miesiącach, samochód pojawił się w salonie, pierwszym skojarzeniem jakie się nasunęło było – wieloryb (wielki, biały „Moby Dick” ze znanej wszystkim – przynajmniej starszemu pokoleniu – powieści Hermana Melville’a  o tym samym tytule).

I wtedy się zaczęło…

Ponieważ dość długo oczekiwałem na ten samochód, a zamierzeniem moim było od początku jego lekkie uterenowienie, zdążyłem przez ten czas zorganizować sobie niektóre podzespoły które miały poprawić jego „walory” jezdne, oraz ułatwić mi poruszanie się nim w tzw. turystyce samochodowej.

W związku z tym, iż wcześniej dane mi było pojeździć trochę wersją testową tego modelu, więc z punku postanowiłem wymienić całe jego zawieszenie. W czasie szybszej jazdy po drogach gruntowych zauważyłem jego tendencję do nadmiernego kołysania się i odrywania się kół od podłoża. Tak więc po zorientowaniu się w ofertach dla tego auta, zakupiłem kompletne zawieszenie marki Ironman, które zostało założone zanim jeszcze auto wyjechało z salonu. Dlaczego Ironman, skoro przez ostatnie sześć lat jeździłem na Old Man Emu  i byłem z niego zadowolony ? Mówiąc szczerze, zaważyła cena tego zestawu, a poza tym nadszedł czas zmian. Z drugiej jednak strony zawsze uważałem produkty tych dwóch firm jako porównywalne i dzisiaj po przejechaniu kilkudziesięciu tysięcy kilometrów stwierdzam, że się nie pomyliłem.

Jednocześnie postanowiłem wymienić opony na trochę większe i szersze. Swoje miejsce w nadkolach znalazły 32 calowe BF Goodrich AT w rozmiarze 265x70x17 które po pewnym czasie zostały osadzone na aluminiowych felgach Dotz’a z odsadzeniem +20, zamiast standardowego +38.

Biorąc pod uwagę wcześniejsze moje doświadczenia z jazdą pick-up’em po bezdrożach i nie tylko, dołożyłem mu Asfir’rowskie osłony podwozia, no i oczywiście powiększony do 140 litrów zbiornik paliwa. W środku w kabinie, zamontowałem konsolę dachową, którą lekko zmodernizowałem, dokładając do niej kilka włączników które miały być wykorzystane w późniejszym czasie do włączania dodatkowego oświetlenia domontowanego na specjalnej belce, na dachu auta. O takich rzeczach jak radio CB, przetwornice i inne elektryczne „gadżety” nie wspominam, ponieważ „instrumenty” te, to standardowe wyposażenie tego typu samochodów (jeszcze nie oferowane przez salony, ale może kiedyś ?).

Jeśli chodzi o nawigację i systemy Gps, to specjalnie w tym celu „wystrugałem” sobie z aluminium półkę, którą umieściłem na środku konsoli, gdzie swoje miejsce znalazły wszystkie te urządzenia, łącznie z kamerą.

Tak poprawionym samochodem wybraliśmy się na wakacje na Korsykę.

Wycieczka całkiem przyjemna, łącząca zwiedzanie z biwakowaniem pod namiotem. Krajobrazy przepiękne, no i oczywiście pogoda (ale i tak, jak dla mnie za gorąco i za wilgotno).

„Maszyna” jednak zdała egzamin. Mimo że automat, to moc silnika oraz przyspieszenie samochodu dawało się wyraźnie odczuć. W porównaniu do wersji jaką jeździłem wcześniej – różnica jak „niebo do ziemi”. Co się tyczy zawieszenia, to przeprowadzone zmiany bez dwóch zdań poprawiły warunki trakcyjne „eLki”. Zakładając mocniejszy „zawias”, auto się usztywniło, i zaczęło płynniej wybierać wszelkie nierówności. Dzięki temu, oraz szerszym oponom, na korsykańskich serpentynach całkowicie znikło uczucie przechylania i „wyrzucania” auta z zakrętu. Samochód po prostu zaczął jeździć tak i tam gdzie chce jego kierowca.

Co do reszty, fotele jak i cała kabina – bardzo przyjemna do podróżowania, a „paka” – no cóż, dla dwojga osób okazała się za duża i po zapakowaniu wszystkich bagaży wraz z ekwipunkiem biwakowym zostało jeszcze sporo miejsca. Nawiasem mówiąc, te miejsce zostało wykorzystane przy następnym wyjeździe – tym razem zimowym, na narty, kiedy to „Moby” musiał zawieść do Włoch pięć dorosłych osób wraz z pełnym „zimowym” bagażem oraz wyposażeniem narciarskim (klapa bagażnika ledwie się domknęła, ale daliśmy radę).

Po powrocie z Korsyki, przyszedł czas na dalsze modyfikacje. Dzięki temu że pojeździliśmy trochę po różnych zlotach i rajdach w Polsce, postanowiłem dokupić drugi komplet opon, tym razem MT z felgami o odsadzeniu 0. Błotniki otrzymały delikatne poszerzenia ponieważ koła wyszły lekko na zewnątrz (zaczęły licować się z oryginalnymi nadkolami). Do tego przyszedł nowy tylny zderzak do którego przymocowane zostały dwie „poważne” szekle, tak aby było za co się chwycić, w razie gdyby „eLeonora” gdzieś ugrzęzła.

W związku z planowanym na ten rok wakacyjnym wyjazdem do Rosji, przyszedł czas na wybór oraz montaż snorkla oraz wyciągarki. Co do pierwszego, to mimo że droższy, wybór padł na produkt firmy TJM. Poza tym, ten wlot powietrza wydał mi się bardziej „zgrabniejszy” od wyrobu marki Safari. Faktem jest że było z nim trochę zachodu aby go zamontować (konstruktorzy z „misuwiszi” zmienili trochę budowę wewnętrznej części błotnika), ale efekt końcowy wyszedł tak, jak był powinien.

A co do wyciągarki, z tym był większy problem. Nie chciałem montować do auta zderzaka stalowego, ponieważ uważam że w turystyce off-road jest on bardziej zbędny niż przydatny. Z drugiej strony jest to dodatkowe minimum 50 kilogramów. Postanowiłem zamocować wyciągarkę na płycie montażowej – i teraz: wszystkie płyty jakie udało mi się zlokalizować, (dedykowane do tego modelu) były mocowane pod ramę. Wszystko fajnie, ale mnie to nie odpowiadało z dwóch prostych przyczyn. Po pierwsze, radykalnie zmniejszało to kąt natarcia samochodu (nawet lekko podniesionego i na większych kołach), po drugie, wyciągarka mocowana pod ramę ma dużo mniejszą stabilność, a sama rama pojazdu jest bardziej narażona na wszelkiego rodzaju odkształcenia i przegięcia niż podczas „wyciągania się” gdzie płyta z tzw.”winch’em  umiejscowiona jest w ramie, pomiędzy jej podłużnicami.

W końcu udało mi się znaleźć odpowiednią podstawę, jednak wtedy pojawił się kłopot nadmiernego wystawania całego tego „ustrojstwa” poza przedni obrys samochodu.

Problem ten rozwiązałem modernizując wzmocnienie przedniego zderzaka (które to nic nie wzmacnia i jest sprzedawane przez salony jako dodatkowy element nakładany na zewnętrzną część zderzaka). Przy pomocy odpowiednich klejów i pianki poliuretanowej, a następnie szpachli żywicznej, zmieniłem lekko jego pierwotny kształt i wysunąłem trochę do przodu.

Tym sposobem nie schowałem całkowicie wyciągarki, ale przynajmniej teraz przód auta nie jest taki ordynarny i wygląda jakby tak musiało być (jeszcze żaden „mundurowy” nie zwrócił mi na to uwagi). W ten sposób L200 otrzymało nowy „dzióbek”, a wyciągarka znalazła się na swoim miejscu.

Auto było gotowe do wyjazdu na Archangielsk.

„Buda” widoczna na zdjęciu, żartobliwie nazywana „puszką po konserwach” to następny dodatek z dziedziny „Hand made” który pochłoną cały mój wolny czas w okresie wiosennym tego roku.

Ale o tym innym razem. Teraz powiem tylko tyle że jest to zabudowa kampingowa wykonana w całości z aluminium przeznaczona do podróżowania off-road. W środku oprócz „sypialni” z rozkładanym łóżkiem o wymiarach 210×145 cm, znajduje się również „salon” z dwoma fotelami, „kuchnia” ze zlewozmywakiem i kuchenką gazową, namiastka łazienki i chyba to wszystko co potrzebne jest w podróży po „dzikich” krajach. Gotowa na wyjazd „buda” (bez bagaży i ekwipunku biwakowego) waży 320 kilogramów.

Oczywiście przy tych gabarytach dach zrobiłem podnoszony, co podczas postoju lub noclegu zwiększa nam powierzchnię, tak że spokojnie możemy usiąść na łóżku (które zamocowane jest na wysokości dachu kabiny auta) lub też stanąć wyprostowanym (np. podczas robienia sobie kawy lub mycia się. Komunikacja wewnątrz tak jest pomyślana że w dwie osoby, jedna nie przeszkadza drugiej, i jeśli ktoś śpi, wcale nie musi się zrywać aby ten drugi mógł na przykład zejść z łóżka i wyjść na zewnątrz. A co najważniejsze (dla mnie) : wszystko zrobione jest w taki sposób i z użyciem takich materiałów i części, aby przy jakimkolwiek uszkodzeniu lub zepsuciu się czegokolwiek, użytkownik tego „kampingu” mógł w prosty i łatwy sposób to sobie naprawić lub wymienić uszkodzoną część.

Tak skompletowanym autem odbyliśmy właśnie tegoroczną podróż na północ Rosji, do republiki Komi. Całość spisała się idealnie i całą drogę przejechała bez jakiejkolwiek usterki.

Pomimo to po powrocie podjąłem decyzję o zmianie opon z 32” na 33”. Związane to było bardziej z kulturą jazdy niż z próbą zrobienia z „eLżbietki” pożeracza terenu. Po prostu przy zastosowaniu felg 17-to calowych (16 bardzo ciężko dopasować do nowego HP’ka) profil opony 32 jest zbyt niski i dużo bardziej odczuwalne są wszelkie „dziury” i nierówności terenu. Przy 33 calach o tym samym profilu, gumy jest znacznie więcej która w skuteczny sposób niweluje niedogodności drogi i podnosi komfort jazdy, a przy okazji wzrasta nośność pojazdu.

Ponieważ podróż, podróżą , a off-road to troszkę co innego, więc jesienią tego roku mam zamiar przetestować moje auto na niektórych zlotach organizowanych w Polsce.

Na koniec chciałbym zaznaczyć iż nie wspominając „puszki po konserwach”, wiele rzeczy w tym aucie jest wykonanych własnymi rękami, których konstrukcja i budowa została opracowana osobiście, oparta na praktyce i doświadczeniach zdobytych w dotychczasowych „wojażach”. I wszystko to działa i się nie psuje …..

Tymczasem to tyle ….

Pozdrawiam.

Sławek

 

Author: Marcin Gerc

Moja przygoda z off-roadem rozpoczęła się blisko 15 lat temu od zakupu Land Rovera Discovery. Wcześniej jako kibic byłem na jednym czy dwóch Wertepach, na wczasach jeździłem wypożyczonym Samurajem, a z kolegą udało nam się po klamki zakopać Vitarę na poligonie w Drawsku. Jednak to dopiero własny Land Rover rozpoczął prawdziwą przygodę. Przygodę, która wciągnęła mnie tak mocno, że każde wakacje staram się spędzać na terenowym wyjeździe, że nie wystarczały mi już samochody 4x4 i postanowiłem spróbować sił na motocyklu, a teraz naszło mnie jeszcze aby dzielić się pasją z innymi. Tak powstało Passion4travel.pl

Share This Post On