Kozackie Wertepy 2009. Koniec pewnej epoki.

Minęło przeszło 8 lat od pierwszej edycji Kozackich Wertepów, której sukces odbił się szerokim echem w światku polskiego off-road. W lipcu 2002 roku na starcie stanęło 22 dwie załogi, do dziś pamiętam zachwycone miny moich kolegów gdy po powrocie z wypiekami na twarzy opowiadali o widokach i trudnościach terenowych jakie ujrzeli w Ukraińskich Karpatach. Gdy rok później w 2003 warszawski Wertep Klub organizował kolejną edycję Kozackich na stracie stanęło 65 załóg aby w kolejnym roku liczba uczestniczących samochodów przekroczyła 70.

DSC_0427

W latach 2005-06 Kozackie Wertepy przeżywały swój rozkwit.

Mnóstwo uczestników, najbardziej znane postacie polskiego off-roadu jak Krzysiek Franciszewski „Kylon” czy Paweł Moliński „Moli” jako prowadzący grupy. Obecność na tej imprezie była obowiązkowa. Jednocześnie była to niezwykła lekcja historii gdzie własnymi rękami można było dotknąć krzyża na Przełęczy Legionów czy polskich słupów granicznych na teraźniejszej granicy Ukraińsko-Rumuńskiej.

Czas jednak płynie nieubłaganie, z roku na rok chętnych do udziału w Kozackich malało. Czy to zmiana organizatora imprezy, czy może nasycenie się większości uczestników Ukrainą? Trudno jednoznacznie powiedzieć. Pewnie każdy z tych, którzy jeździli a którzy teraz nie jeżdżą ma na to własną odpowiedź.

Gdy w lipcu bieżącego roku późnym wieczorem ponownie podjechałem na parking pensjonatu U Kmity w Lesku zaparkowałem na praktycznie pustym placu! Byliśmy jedyną grupą biorącą udział w ?imprezie?. Grupą to znaczy nasze dwa auta i trzy samochody anglików, którzy w tym roku ponownie przejechali całą Europę aby z nami odwiedzić Ukrainę. Poczułem się nieswojo. Brakowało mi gwaru rozmów na tarasie, widoku dawno niewidzianych znajomych z całej polski. Gdy późnym wieczorem usiedliśmy w 10 może 12 osób aby przy jednym stole napić się piwa poczułem, że tegoroczny wyjazd będzie inny, że prawdopodobnie będą to ostatnie Kozackie Wertepy.

Jakież było moje zaskoczenie, gdy rano organizator imprezy poinformował nas, że do naszej grupy dołączą jeszcze dwa nieznane auta z Wrocławia oraz tajemniczy Polsko-Ukraiński przewodnik. Po co przewodnik? Na Boga toć my wszyscy – a Brzyd w szczególności – zjeździliśmy te tereny wzdłuż i wszerz! Ale nie było mocnych? przewodnik był potrzebny, bo? nie bardzo wiedzieliśmy dlaczego? był potrzebny bo tak zadecydował organizator. Podobno jakieś ?nowe porządki? zapanowały na Ukrainie?!

Tak też tegoroczne Kozackie rozpoczęły się od małego zamieszania.

Zamiast jak co roku podróżować zgraną grupą przyjaciół, nasza grupa została na siłę powiększona oraz dostała nowego lidera! A jak wiadomo dowódca powinien być jeden. Niestety kolejne dni udowodniły, słuszność tego twierdzenia. Brak ustalonej trasy, ciągłe dyskusje o której wstajemy, dokąd jedziemy, gdzie będziemy spać. Wszystko to i kilka innych „szczegółów” nie tworzyły dobrej atmosfery.

Jakież było moje zaskoczenie gdy w połowie wyjazdu, po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów trudnego terenu ?nowy lider? doprowadził nas do eleganckiego HOTELU na wcześniej przygotowaną kolację! Czy ktoś z dotychczasowych uczestników Kozackich w połowie wyjazdu był na wystawnej kolacji w hotelu? Nie sądzę! Myśmy nie byli i być nie chcieliśmy. Tego dnia nastąpił nieunikniony podział.  Nasze dwa samochody oraz zaprzyjaźnieni Anglicy pojechaliśmy w swoją stronę a ?nowy lider? oraz jego koledzy w dwóch Nissanach w swoją. Spotkaliśmy się dopiero ostatnie dnia aby uścisnąć sobie dłonie na pożegnanie.

Ukraina jest piękna.

Jazda po bezkresnych połoninach, wieczorne rozmowy przy ogniskach, uśmiechy mijanych ludzi, naprawy samochodów dokonywane w najbardziej niesprzyjających warunkach – wszystko to na zawsze zapada w pamięć jako jedne z najwspanialszych przeżyć. Takimi chcę zapamiętać Kozackie Wertepy a nie takimi jakimi okazała się ich ostatnia edycja. Ostania bo tegoroczna i ostatnia bo z pewnością za rok, na parkingu „U Kmity” zabraknie także naszych samochodów.

PS: Jednak gdzieś wgłębi serca mam nadzieję, że za kilak lat, może pięć może sześć ktoś podejmie próbę reaktywacji tej bez wątpienia wyjątkowej imprezy.

Foto:  N.Ofmański,  M.Płoński,  A.Kępińska

Author: Marcin Gerc

Moja przygoda z off-roadem rozpoczęła się blisko 15 lat temu od zakupu Land Rovera Discovery. Wcześniej jako kibic byłem na jednym czy dwóch Wertepach, na wczasach jeździłem wypożyczonym Samurajem, a z kolegą udało nam się po klamki zakopać Vitarę na poligonie w Drawsku. Jednak to dopiero własny Land Rover rozpoczął prawdziwą przygodę. Przygodę, która wciągnęła mnie tak mocno, że każde wakacje staram się spędzać na terenowym wyjeździe, że nie wystarczały mi już samochody 4x4 i postanowiłem spróbować sił na motocyklu, a teraz naszło mnie jeszcze aby dzielić się pasją z innymi. Tak powstało Passion4travel.pl

Share This Post On