Jacek Bujański – czyli Mr.Quad

Jacek Bujański – żywa legenda quadów w Polsce, sądzę że nie będzie dużym nadużyciem jeśli napiszę, że masowy ruch quadowy w naszym kraju zaczął się od jego pasji. Z Jackiem spotykamy się w jego sklepie przy Targowej na warszawskiej Pradze. [marzec 2012]

M.G. Jacku, zacznijmy od początku – jak zaczęła się Twoja przygoda z quadami?

J.B. Na świecie quady pojawiły się na początku lat osiemdziesiątych, a pierwszego quada wprowadzonego oficjalnie na rynek przez importera w Polsce sprzedałem w 1994, była to właściwie dziecinna zabawka. Co ciekawe kupił go, dla swego – ówcześnie 4 letniego brzdąca – ojciec Andrzeja Chmielewskiego, późniejszego mistrza Polski w wyścigach motocyklowych.

M.G. Ale Twoje zainteresowanie quadami nie wzięło się z przypadku.

Dla mnie pojawienie się quadów to była doskonałą możliwością przedłużenia kariery motocyklisty. W latach ‘80 i na początku ’90 startowałem w zawodach enduro i motocross. Niestety w 1993 uległem bardzo poważnemu wypadkowy w którym totalnie rozwaliłem lewe kolano, w którym pozrywałem wszystkie wiązadła.  Na szpitalnym łóżku z nogą na wyciągu musiałem obiecać żonie, że już nigdy, ale to nigdy nie wsiądę na motocykl – tak zakończył się motocyklowy etap mojego życia. Na szczęście pojawiły się quady i dość łatwo poszło z udowodnieniem żonie, że coś co ma 4 koła to nie motocykl. Zaraz po zakończeniu rehabilitacji zaczynałem się uczyć tym jeździć  i to był początek czegoś nowego, bo nikt ni potrafił mi pokazać jak się quadem posługiwać.

M.G. Przez lata startowałeś w zawodach jedocześnie prowadząc sklep z quadami, motocyklami i akcesoriami, udało Ci się połączyć pasję z zarabianiem na życie. Jaki do tego doszło?.

J.B. Na Targowej kupiłem malutki sklepik w 1989 roku i zaczynałem od sprzedaży kopniaków do Simsona i Komara, ale widząc pierwszy raz quada wiedziałem, że to szansa na zabawę w terenie dla każdego. W 1996 w jakimś czasopiśmie wyczytałem, że najbliższe miejsce gdzie mogę się ścigać to Frankfurt n/Menem. Odbywały się tam mistrzostwa strefy centralnej Niemiec. Długo się nie zastanawiając zapakowałem się z córką do Poloneza, quada na przyczepkę i pojechaliśmy. Na 30-paru zawodników zająłem 7 miejsce. Ten wynik uświadomił mi to, że quady mogą się ścigać na tych samych torach co motocykle wtedy także na dobre połknąłem bakcyla.

M.G. Jesteś jednym z założycieli klubu ATV Polska, jak do tego doszło.

J.B. Lata ‘90 to totalna plaża, nie ma z kim rozmawiać, na dobrą sprawę nie ma nawet z kim jeździć. Pierwsze imprezy z udziałem tak egzotycznych pojazdów jak quady to rajdy na poligonie w Rembertowie organizowane przez Wertep Klub bodajże w październiku 1996 roku. Jednakże tak naprawdę przez całe lata ‘90 zawsze występowaliśmy „przy okazji” motocykli czy samochodów. Byliśmy takim kolorytem na który wszyscy czekali, ale nikt nie brał nas poważnie.

W 2000 roku, na prywatnych terenach w Bieszczadach – ale pod patronatem Ministerstwa Sportu i Turystyki – zorganizowałem imprezę pod nazwą Mr.Quad Trophy i wtedy poznałem Rafała Sonika. Rafałowi przeprawowy (czyli wolny) charakter imprezy do końca nie pasował i zaczęliśmy rozmawiać o problemach naszego środowiska. Tak zrodził się pomysł powołania stowarzyszenia. W 2001 powstaje ATV Polska, tym samym quadowcy zyskują organizację, która mogła być partnerem dla PZMotu a dzięki temu nasze pojazdy zyskały status legalnych w dyscyplinach motocyklowych. Startowałem we wszystkich rodzajach imprez i zawsze jechałem pierwszy z Polski na 12-godzinny wyścig w Ponte de Vaux, Drezno –Wrocław, Croatia Trophy, a w Polsce kilka razy w roku zmagałem się na imprezach przeprawowych nierzadko jadąc bez przerwy nawet 30 godzin.

M.G. Parę lat temu głośno było o Twoich planach udziału w Dakarze. Ostatecznie jednak nie wystartowałeś… co stanęło na przeszkodzie?

J.B. W 2008 roku – dzięki wcześniejszym kontaktom – zostałem zaproszony do teamu Yamaha Holland. Razem z Nimi miałem startować w Dakarze. Przez wiele miesięcy wszystko szło bardzo dobrze. Zacząłem przygotowania fizyczne w klubie Sinnet, mielimy opłacone wpisowe. Niestety w drugiej połowie roku przyszedł światowy kryzys, który najpierw zapukał do Holandii. Niestety Holendrzy woleli skupić się na wspieraniu swoich zawodników niż mnie… szkoda. Tak wyszło.  Rok później w 2009 podczas zmagań Transgothic’e uległem bardzo ciężkiemu wypadkowi – można powiedzieć, że otarłem się śmierć, rozjechał mnie samochód zawodnika jadącego pod prąd rajdu. To zdarzenie niestety definitywnie przekreśliło moje plany startów we wszelkich wymagających zdrowia imprezach.

M.G. Ale to bynajmniej nie powstrzymało Twojej chęci działania.

J.B. Oczywiście, że nie! Teraz całą swoją aktywność przerzuciłem na działalność edukacyjną, organizacyjną na wspieraniu działań legislacyjnych. Piszę artykuły dla Quadzika, jestem członkiem Głównej Komisji Sportu Motocyklowego PZM oraz vice prezesem ATV Polska, biorę udział w pracach zespołu roboczego do sprawa legalnego Offroadu i często służą radą jako instruktor.

MG. Porozmawiajmy jeszcze chwilę o sytuacji quadowców w Polsce. Niestety jest wiele nieprzychylnych Wam głosów mówiących, że quady niszczą lasy a ich użytkownicy nie liczą się z innymi uczestnikami ruch. Gdzie Twoim zdaniem można legalnie uprawiać ten sport ?

J.B. W naszym prawie jest jasno powiedziane, że nie wolno jeździć po lesie, a każda droga czy ścieżka poza drogą publiczną w takim terenie jest dla pojazdów niedostępna. Dlatego naszą pasję można realizować właściwie tylko na specjalnie wyznaczonych torach. Dlatego też, z wielkim zapałem zawsze angażowałem się we wspieranie i organizację wszelkich imprez – MT Rally, Transgothica, itd – to doskonałe miejsca gdzie legalnie można się wyszaleć. Od lat namawiam też do uregulowania statusu rajdów terenowych w interesie uczestników i organizatorów, bo ściganie bez zatwierdzenia przez PZM jest w myśl prawa nielegalne.

M.G. Przez cały czas zwracam się do Ciebie per „Jacku” ale najlepiej charakteryzuje Ciebie twoja ksywka Mr.Quad. Jak ją zyskałeś?

J.B. To zabawna historia. Gdy już trochę jeździłem wraz z grupą znajomych pojechaliśmy na któryś z polskich poligonów. To było chyba Biedrusko. Podczas zawodów towarzyszył mi dziennikarz Polski Zbrojnej Piotrek Bernabiuk, któremu poradziłem, aby przez cały czas podążał dokładnie moim śladem. Zapytał wtedy dlaczego? Skąd wiem jaką wybrać drogę. Nie potrafiłem mu odpowiedzieć, po prostu po latach walki z błotem, czułem teren. Piotrek praktycznie przez cały czas stosował się do tej rady. Raz jednak wybrał inny tor… walnął w kamień schowany pod wodą i złamał rękę.

Gdy odwiedziłem go w szpitalu powiedział, że taki instynkt może mieć tylko Mr.Quad. I tak już zostało.

Tekst: Marcin Gerc

Foto: Archiwum prywatne J.Bujański

Wywiad opublikowany w magazynie Wyprawy4x4

Author: Marcin Gerc

Od blisko 20 lat trwa moja fascynacja podróżami poza utartymi szlakami. Do wypraw pcha mnie pragnienie znalezienie autentyczności i chęć ucieczki od rzeczywistości spreparowanej dla turystów. Wierzę, że podróże poszerzają horyzonty i pozwalają lepiej zrozumieć otaczający nas świat.

Share This Post On