Gruzja 2012

W zeszłym roku nie byliśmy nigdzie, rok bieżący był wyczerpujący zarówno psychicznie jak i fizycznie. Stwierdziliśmy więc, że nie ma takiej możliwości, żeby i w tym roku nigdzie nie pojechać.

Za mną od kilku lat chodziła Skandynawia, Marta preferuje nieco cieplejsze klimaty 🙂 Tak czy inaczej – im dalej tym lepiej. Generalnie plan już miałem ułożony, trasa rozpisana w zależności od długości mojego urlopu i tego , czy dostaniemy wizę. Chcieliśmy objechać Bałtyk, przy czym mnie ciągnęła pętelka z szybkim przeskokiem do Sankt Petersburga a potem na północ do Murmańska aczkolwiek Marta – po obejrzeniu na Google Earth trasy przez Rosję i zobaczeniu a w zasadzie nie zobaczeniu cywilizacji była nieco hmmmm….. sceptyczna 😉

Na dwa tygodnie przed planowanym wyjazdem dostałem info – mam miesiąc urlopu! Mapy pościągane, waypointy wrzucone, auto od jakiegoś czasu się tuninguje, ostatnie buszowanie po necie w poszukiwaniu informacji………… i zonk …………  alkohol mega drogi 😀 przyroda piękna, ale raczej się nie zmieni, a tu w sieci tyle super fotek i opisów z bardziej egzotycznych i stale zmieniających się miejsc –  Azji czy Afryki. Po weryfikacji możliwości czasoprzestrzennych padło na Gruzję – kraj, który w różnych źródłach jest albo jeszcze w Europie, albo już w Azji 😉 . I cała praca od nowa a czasu zarówno tego wolnego jak i tego do wyjazdu coraz mniej.

Na szybko zamówiliśmy przewodnik (niestety, okazał się być dość kiepski), zapisaliśmy nazwy miejsc wartych zobaczenia, złożyliśmy wniosek o wizę (turystyczną, bo innej w tym terminie nie udałoby się dostać) i poinformowaliśmy rodzinie o planach. To chyba był najcięższy etap przygotowań 😉

Plan ambitny – Google mówią, że będzie jakieś 7 tys km do przejechania + zakładka na kręcenie się  na miejscu. Przejazd tam – szybki tranzyt (o ile 100 km/h to szybko J ), Gruzja, w międzyczasie Armenia a wracając zwiedzanie Turcji. W końcu mamy cały miesiąc wolnego.

Pierwsza obsuwa

Okazało się, że przesadziłem z optymizmem – nie da się po pracy odebrać samochodu z warsztatu (oni też mają obsuwę), skończyć pakować i znosić graty do auta, dociąć mat izolacyjnych na szyby, założyć moskitier, ……………………… i położyć się spać na tyle wcześnie, żeby skoro świt wystartować. Spuszczamy ciśnienie – w końcu to urlop.

Rano skoro świt zacząłem robić to, czego nie zdążyłem wcześniej. Złapało nas południe. Decydujemy się jednak ruszać w drogę – w końcu na wschód mamy autostradę a szkoda nam już czasu.

Droga

Pierwszego dnia późnym popołudniem dotarliśmy do granicy. Na CB prowadzona była jakaś rozmowa o naklejkach „PL” i tym, że Ukraińcy się czepiają. Wprawdzie mieliśmy przygotowane „ostatnie drobniaki” w portfelu na okoliczność kontroli, ale stwierdziliśmy, że nie ryzykujemy. Lepiej kupić naklejkę i będzie spokój.

Łatwiej powiedzieć niż zrobić – stacje wyprzedały wszystko, w sklepikach nie ma. Mówiono, że może na granicy w spedycjach. Zaczęło się ściemniać. Zdecydowaliśmy się na odwrót w stronę stacji benzynowej i nocleg.

Test wyra wypadł pozytywnie – jest wygodne, tylko trzeba dopracować metodę wchodzenia i znaleźć optymalną lokalizację dla zdjętych butów.

Rano ruszyliśmy w stronę granicy. W spedycji mieli „PLkę” a nawet dwie – kupiliśmy i małą i dużą. Nakleiliśmy ją na zdrapanej farbie osłony zapasu – taki tuning optyczny.

Z Polski wyjechaliśmy bez problemu. Po stronie ukraińskiej o dziwo też sprawnie i nie trzeba było wypełniać kwitów emigracyjnych – czy jak to się tam nazywało.

Za radą forumowych podróżników wybraliśmy trasę miast EURO i było to bardzo dobre rozwiązanie – odnowione, szerokie drogi i całkiem przyzwoita prędkość podróżna.  Tylko jedna kontrola przy wyjeździe ze Lwowa. O mały włos musielibyśmy negocjować „datek”, ale udało się jakoś przegadać i skończyło się na życzeniu szerokiej drogi.

Tranzyt to tranzyt – jechaliśmy do oporu a na spanie zatrzymaliśmy się tradycyjnie na parkingu z tirami przy stacji benzynowej. Dla spokoju sumienia zapytałem obsługi gdzie mogę się zatrzymać. Pytanie ich nie zdziwiło tylko ja nie zrozumiałem odpowiedzi. Miałem się ustawić „за xазелью” – no tak. W końcu to Ukraina i zamiast „g” mają „h” a ustawić się miałem za gazelą czyli takim prawie Transitem 😉

Kolejny dzień zakończyć  się miał popasem i noclegiem nad morzem Azowskim (jak tu można nie skorzystać z okazji). Zboczyliśmy z trasy EURO na południe w kierunku na Krym. Drogi miejscami masakryczne, ale podróż urozmaicali nam rosyjscy kierowcy pokazujący jak drogie auto zachowuje się na dziurach wielkości krateru wulkanu i udowadniający, że nie ma takiej drogi na której nie da się wyprzedzić.

W końcu dojechaliśmy na miejsce. Wyjazd miał być z gatunku budżetowych, więc nie szukaliśmy kwater a kawałka miejsca do spania. Udało się znaleźć kawał pustego pola na którym biwakowało parę osób. Jak się okazało, było to płatne pole namiotowe. Standardem odbiegało nieco od znanych nam miejscówek w Europie, ale też nie nastawialiśmy się na luksusy. Choć w sumie, to nie było tak tragicznie – prysznic był całkiem przyzwoity może dlatego, że to był nasz nowy nabytek – namiot kąpielowy z decathlonu, baniak z wodą  i elektryczny prysznic zasilany z gniazda zapalniczki. Spojrzenia sąsiadów – bezcenne 😉

Gdyby ktoś chciał również potaplać się w morzu przy campingu w Jałcie – proponujemy uprzednie wykonanie małego testu sprawdzającego, jak się będzie czuć w wodzie. Trzeba zatem znaleźć gdzieś sporo glutowa tej mazi o konsystencji budyniu, nawalić go gdzieś tyle, żeby zapaść się w niego po same kostki a w wodzie wymieszać jeszcze trochę  błota żeby przez przypadek nie było nic widać.

Kolejna granica – Ukraina – Rosja. Papierków mnóstwo, ale trafiliśmy na naprawdę miłych ludzi. Wyjaśnili co trzeba wziąć i skąd. Jedyny problem to kwestionariusz na 4 strony A4. O ile karta emigracyjna była po rosyjsku i angielsku, o tyle papier na samochód był już tylko po rosyjsku. Wprawdzie język znam (a dokładniej kiedyś znałem całkiem dobrze) ale druki urzędowe mają to do siebie, że nie da się ich zrozumieć na tyle, żeby się dogadać, a trzeba wiedzieć co i gdzie wpisać. Tak mi się wydawało. Prawda okazała się być nieco odmienna – druczek – poza danymi kierowcy i samochodu trzeba było wypełnić identycznie jak we wzorze. Nie wnikać w szczegóły. Takie info dostałem od pogranicznika J

Rosja

Droga, po której jechaliśmy była również bardzo dobra. Jeśli nie dwupasmowa, to przynajmniej z szerokimi jak lotnisko skrzyżowaniami (może na wypadek, gdyby jakiś Antonow musiał zawracać 😉 ).

Policji sporo, ale nasza cywilna fura ani nie gnała nadmiernie, ani nie rzucała się w oczy. Im bliżej Czeczenii i Osetii tym bardziej uzbrojone posterunki na granicach republik.

Tym razem nie chcieliśmy jechać do oporu, żeby nie zapędzić się za bardzo na nocleg. Cholera w sumie wie, jak będzie z miejscem do spania.

I tym razem życie zweryfikowało plan. Szukaliśmy miejsca z tirami, żeby nie być jedynym samochodem na stacji. Niestety, stacji sporo, ale wszystkie puste (w sensie, że była tylko obsługa). Oglądając każdą stację jechaliśmy chyba dobra 4 godziny. Złapała nas noc, zaczął padać deszcz brakowało tylko wilków. Przejechaliśmy kolejny posterunek sam nie wiem, czy policji czy wojska. Wyglądało nieciekawie. Poza nocną scenerią – kałachy, drut kolczasty i takie tam. W końcu jest – duży parking i parę tirów! Trochę pokołowaliśmy w poszukiwaniu miejsca z jednej strony w miarę dobrze oświetlonego a z drugiej strony nieco ustronnego – żeby z drogi nie było widać tablic rejestracyjnych. Już mieliśmy się kłaść spać gdy podszedł lokal es w ciuchach ze stacji benzynowej koło parkingu. Nocleg płatny. Pomyślałem sobie parę ciepłych słów ale trudno – nie mamy siły już szukać. Ile?  „100 rubli”. Nie byłem w stanie przeliczyć, ile to na nasze, ale założyłem, że pewnie taryfa dla turysty. Mówię, że 100 to może za tira. Ile za takie małe auto? „50”. Zapłaciłem, pan się oddalił. Poszliśmy spać.

Rano wczesna pobudka i jedziemy do granicy. Tej obawialiśmy się chyba najbardziej. Puszczą – nie puszczą? A jeśli zapytają, Czemu przy wizie turystycznej na 2 tygodnie wyjeżdżamy z Rosji po 2 dniach? Na wszelki wypadek wymyśliliśmy historyjkę, której mieliśmy się trzymać  nawet, gdyby nas mieli torturować 😉

Po drodze był jeszcze Biesłan. Chcieliśmy zatrzymać się przy szkole zapalić znicz, ale nie mieliśmy namiarów a jakoś głupio nam było pytać, żeby nie uznano, że traktujemy to miejsce jako turystyczną atrakcję.

Kolejna rogatka. Zwalniamy jak zawsze do „40”. Policjant pomachał lizakiem. Pomyślałem sobie, no to koniec szczęścia, pewnie trzeba będzie płacić. Wziąłem papiery i poszedłem do ich budki. A w środku szczęka opadła mi z hukiem na posadzkę – kilkanaście monitorów, w kącie serwer mrugał do mnie lampkami. A gdzie podziały się zeszyty, kiełbasa i wódka na stole? Na ekranach widziałem jak program rozpoznawał numery rejestracyjne samochodów i wyświetlała się lista danych. Matko, pewnie gdzieś coś przeskrobaliśmy :/

Na szczęście przede mną wszedł kierowca tira – i to głównie jego maglowali, bo  miał wg systemu jakiś niezapłacony mandat. Ja w tym czasie rozmawiałem z innym policjantem. Zapytał skąd, dokąd i czy dostałem w Rosji jakieś mandaty. Powiedziałem skąd, dokąd (dodając fragm.. wymyślonej dla pograniczników historyjki, że musieliśmy przerwać wypoczynek i jechać ratować znajomych). Mandatów nie mam i chciałbym, żeby tak zostało.

Chwilę porozmawialiśmy i na tym się generalnie skończyło. Nawet nie chcieli przeglądać papierów. Jak dobrze, że coś z tego rosyjskiego pamiętam J

Granica.

Dojechaliśmy! A właściwie, dojechaliśmy do sznura samochodów stojących chyba przed granicą. Grzecznie się ustawiliśmy i czekamy. Marta miała trochę zaległej pracy, to sobie klepała coś na kompie. Ja sobie kontemplowałem okolicę i analizowałem ruch graniczny i różne jego zasady. Najdziwniejszą zasadą okazał się być fakt, że kolejka przesuwa się o parę metrów gdy tylko zgaszę silnik. Policja co jakiś czas jeździła od przejścia do końca kolejki i poganiała wszystkich zostawiających więcej niż 1m odstępu od poprzednika a przy okazji wyłapująca cwaniaczków, którzy chcieli objechać kolejkę i gdzieś się wbić.

Na samej granicy nikt o nic nie pytał. Wzięli papiery, zapytali ile osób w aucie, zajrzeli na pakę i to wszystko. Jak to?! A nasza historyjka, a dreszczy emocji?! A czołgi i wojsko na granicy o których to się tyle w Polsce nasłuchaliśmy?!

Gruzja

Kaukaz robi naprawdę imponujące wrażenie. Górska droga wiła się odsłaniając co i rusz piękniejsze widoki. Krótka przerwa na fotki i jedziemy dalej.

Oczom naszym ukazuje się monastyr. Marta mówi – to jest to, co widziałam na wielu fotach – jedźmy tam! Miała rację – to był jeden z symboli Gruzji – monastyr Tsminda Sameba.

Zjazd z głównej drogi był dobrze oznakowany, w wioseczce było z tym różnie, ale albo lokalesi pokazywali którędy jechać, albo znaleźć można było różne domowej roboty tabliczki kierunkowe.

Sam dojazd był miejscami stromy i kamienisty, ale najgorsza droga była chyba w samej wiosce.

Załączyłem reduktor żeby nie męczyć silnika. Pierwszy skręt – coś stuka. Myślę sobie „WTF”. Drugi skręt – to samo. Wyłączyłem reduktor – pojedziemy normalnie i będziemy nasłuchiwać niepokojących odgłosów. Na szczęście niczego złego nie usłyszeliśmy a auto spokojnie dawało sobie radę bez reduktora.

W końcu góra – widok niesamowity! O – jeep z Rzeszowa – jak fajnie! To chyba pierwsza polska ekipa od kilku dni. Jak się później okazało, była to pierwsza z miliona ekip, które spotkaliśmy na miejscu 🙂

Ponieważ sam wstęp zajął mi więcej, niż niejednemu zajął opis całej wyprawy, reszta będzie w fotograficznym skrócie.

Wschód słońca przy Kazbeku – naprawdę warto!

Można się spokojnie rozbić, jest woda, toalet nie ma. Wstęp do klasztoru na zasadach ogólnie przyjętych tam i restrykcyjnie przestrzeganych. Dojazd tylko 4×4? Dla turysty tak, dla lokalesa nie. Widziałem transita i osobówkę 🙂   Można wejść pieszo, można dojechać rowerem, motorem, konno. Można też w wiosce poniżej wynająć taksówkę – Mitsubishi Delica. Polecam – szczególnie osobom którym offroad jest obcy.

Gruzińska droga wojenna –> kier Tibilisi – widoki ciągle rewelacyjne, droga miejscami szutrowo-dziurawa, autem 4×4 jedzie się nieco szybciej niż innymi, ale jadą tam nawet tiry.

Tibilisi – niezbyt rozsądnym pomysłem był brak planu miasta i brak nawigacji na Gruzję 😉  O ile na czuja dotarliśmy do centrum, o tyle problemem było znalezienie adresu hotelu Opera (znanego pewnie wielu planującym wyjazd i tych, którzy mają go już za sobą). Kolejny zły pomysł, to zostawienie karty pamięci z mapami do Oziego w domu. Na szczęście miałem backup na laptopie, ale złośliwość rzeczy martwych jest niesamowita – GPS się zbiesił i nie chciał współpracować z lapkiem i Ozim. Nic to. Zawsze można zapytać o drogę.

Pierwszy kontakt z mega życzliwością – zapytana o adres kobitka nie znała drogi, ale sama zaczepiła kolejną osobę aby nam pomóc. U nas to chyba się nie zdarza za często L   Cieszyliśmy się, że jeep spotkany pod Kazbekiem był wypożyczony z Opery, bo dzięki temu na fotach z autem udało nam się znaleźć numer telefonu i zadzwonić do hostelu z pytaniem o szczegóły pokonania ostatnich kilometrów.

Udało się! Jest miejsce, są Polacy 😉 Zostajemy na 2 noce. Pierwsza – tylko krótka przebieżka z jedzeniem. Poranek – Marta kończy pisać pracę i korzystając z netu wysyła. Popołudnie i wieczór „na mieście”. Warto zobaczyć i za dnia i w nocy! Poznajemy kolejną fajną ekipę, z którą wstępnie dogadujemy się na wspólny wypad do Omalo (auto na oponach szosowych, brak wyciągarki, stuki przy zapiętym reduktorze, przeczytane opisy innych podróżników dot. tej drogi i historia „Kubano” o najcięższej trasie i gwarantowanym kapciu zrobiły swoje).

Po Tibilisi trochę połaziliśmy, przejechaliśmy się metrem (bo we Wrocku jeszcze nie ma 😉 ), najedliśmy się po sam korek (i to kilka razy). Żałujemy, że nie wpadliśmy do tradycyjnych łaźni, ale cóż……  I tak było fajnie!

Signagi – całkiem urokliwe miasteczko, również tam są Polacy o czym dowiedzieliśmy się później rozmawiając z ekipą z Defendera (Wrocławianie kupili i remontowali tam dom – świat jest mały 😉 ).

Epika z jeepa, Lagodekhi i wodospad – warto było głównie dla towarzystwa, nocnej imprezy z foto sesją osiołka, poznania gościnności miejscowych i jej negatywnego wpływu na stan zdrowia 😉  Jeśli ktoś jest tam sam i nie zakłada integracji międzynarodowej – polecam raczej bardziej wysunięty na wschód Park Narodowy Vashlovani z jego cudami natury (my o tym miejscu dowiedzieliśmy się przypadkiem będąc koło Gori, więc już nieco za daleko aby się wrócić).

Podejście niezbyt wymagające i całkiem urokliwe. Sam wodospad – cóż, Niagara to nie była, ale można było podejść sobie trochę bliżej i popluskać się w wodzie.

Ekipa z jeepa, David Gareji – warto nie tylko ze względu na monastyr, ale i dla widoków po drodze. Tak sobie wyobrażaliśmy stepy na których jeszcze nie byliśmy.

Kvarelia – hmmmm, pamiętajcie drogie dzieci – w sobotę późnym popołudniem winnice są nieczynne i nie da się kupić wina :/   Zonk wynikający z rozstania się z kalendarzem i nie skorelowania czasu przejazdu z dniem tygodnia. Trudno.

Druga ekipa (niebieskie disco) – Omalo – OMALO – koniecznie!! Sama droga zapiera dech w piersiach (w sensie widoków); jest na tyle szeroka, że nie widać przepaści 😉  Łącznie około 80 km, czas jazdy – 4 godz 40 min, czas robienia zdjęć i krótkiego popasu – 4 godziny J    Miejscami stromo, miejscami ciasno. Nie wiem, jak po deszczu, bo nie padało. Na sucho jak to mówią, to i baca maluchem na kapciu by to zrobił 😉

Niestety, ze względu na wspomniane wcześniej niedostatki terenowe samochodu nie zapędziliśmy się w głąb wioseczek. Niebo coraz bardziej się chmurzyło, droga wprawdzie krótsza, ale stroma. Dojechaliśmy tylko do Szatili, rzuciliśmy okiem z jednej strony i zawinęliśmy się. Pozostał spory niedosyt…..

Mtskheta – dawna stolica Gruzji – warto zobaczyć nowe zabytki 😉  Parę pięknych monastyrów, ciekawi ludzie

Uplistsikhe – skalne miasto – warto 🙂

Vardzija – naprawdę warto. Skały wydrążone jak smaczne drewno przez korniki 🙂

Przejazd krótszą drogą w kier Borjomi – droga kamienista i wyboista, podobno cała widokowa – nam udało się zobaczyć tylko kawałek w słońcu, a reszta niestety w chmurze / we mgle (łącznie z wojskowym posterunkiem pilnującym tajnego ropociągu 😉 )

Kutaisi – wprawdzie był to punkt „przypadkowy” trasy, ale wieczorny spacer godny jest polecenia. W naszym wypadku spaliśmy w wypasionym hotelu (jak na tą podróż 😉 ) – po części ze względu na zmęczenie i nierozpoznany temat tanich noclegów (próbowaliśmy szukać czegoś pod jaskinią Satalpia, ale wycofaliśmy się, w okolicznych wioskach nic nie znaleźliśmy, a nieliczni ludzie na ulicy nie znali rosyjskiego) a po części przez moje zbytnie dostosowanie się do gruzińskiego stylu jazdy i stresu tym wywołanego u pozostałej części grupy.

Jaskinia Tskaltubo – warto. Nasza przewodniczka specjalnie dla Marty i dla mnie mówiła po rosyjsku, a dla reszty grupy po gruzińsku. Ani z jednego ani z drugiego języka za dużo nie rozumieliśmy, bo słownictwo skalno-jaskiniowe jest mi nawet po polsku dość obce

Svanetia / Mestia – ciekawe miasteczko budowane na nowo na kształt austriackich czy szwajcarskich kurortów; koniecznie trzeba podkreślić „budowane” 😉   Dojazdowa droga asfaltowa, ale leżące na asfalcie większe i mniejsze skałki dopiero co odpadłe od skalnych zboczy dość mocno wpływają na wyobraźnię i niechęć do jazdy przy samej skale.

Tu dla nas zaczęła się pora deszczowa, która pokrzyżowała plany eksploracji rejonu (podobno również przepięknego – widoki na 5 tysięczniki itp.). Intensywne deszcze podmyły drogi i musieliśmy zawrócić (choć ja nadal uważam, że przejechalibyśmy, ale Żona ma zawsze rację, więc odpuściliśmy 😉 ).

Powrót z Mestii wart jest osobnego akapiciku, a szczególnie skalne osuwisko, które zablokowało drogę. Na szczęście, nikogo nie przysypało. Wymuszony postój sprzyjał integracji. Z nowo poznanymi dwiema ekipami z Polski spożyliśmy budyń, chleb z nutellą, i ciepłą herbatę. Deszcz sprzyjał ciaśniejszej integracji (pod plandeką zamocowaną trochę na sztukę) a na hasło „uwaga” dokonywaliśmy bardziej lub mniej kontrolowanych zrzutów wody z daszku. Było wesoło, ale ekipa z koparką popsuła nam imprezę udrożniając drogę.

Droga nad morze – wracając ze Svanetii pamiętajcie, aby na rozjeździe koło Zugdidi nie skręcić w kierunku Sokhumi a jeśli już skręcicie, że posterunki wojskowe i otwarty szlaban znaczą, że trzeba zachować czujność. A widząc za długim podniszczonym mostem kolejne posterunki wojskowe czas zawracać – chyba, że chciało się pojechać do Abchazji J  Nam po zawróceniu tuż za mostem przydała się znajomość rosyjskiego, ponieważ otwarty szlaban już był zamknięty. Na szczęście policjant kojarzył nasz przejazd 2 minuty wcześniej i przyjął wyjaśnienie, że nam się nieco droga pomyliła i nie planowaliśmy wyjazdu z Gruzji.

Morze czarne

Poti – kawał pięknej plaży, milion śmieci zniechęcających do wejścia do wody (a przyn. ten kawał plaży, na którym się zatrzymaliśmy)

Batumi – ciekawy nadmorski kurort, sporo życia i energii, trochę odpustowych kolorów i palm a`la Warszawa ;), ulica Kaczyńskich i stacja benzynowa przy lotnisku, gdzie można spokojnie spać. Byliśmy tam dość krótko i w zasadzie tylko w okolicy centrum i na plaży.

Sarpi – ostatnia miejscowość przed granicą, a właściwie na granicy. Plaża całkiem ok., ale trudno znaleźć miejsce parkingowe.

Już w  Svanetii pogoda zaczęła się psuć, było pochmurno. Prognozy na najbliższych parę dni również nie pozostawiały nadziei na poprawę. Podjęliśmy więc szybkę decyzję – rozstajemy się z Gruzją i uciekamy. Kierunek Bułgaria (lub Grecja 😉 ).

Granica

Gruzini wypuszczają szybko i na 6 – 7 pasów (żeby nie mieć korka przy plażowym parkingu), Turcy wpuszczają na 2 – teren pomiędzy to ziemia niczyja :/    Marta ma chyba w sobie ducha wojownika granicznego, bo podobnie jak w czasie innego wyjazdu, tak i tym razem zniesmaczona niesprawiedliwością społeczną podjęła bezpośrednie działania fizyczne dzięki którym udało nam się przejechać. Trochę w tym również zasługi tojoty z którą okoliczne auta nie chciały mieć bliższego kontaktu.

Turcja

Wiza kosztowała 15 EUR lub 20 USD za głowę. Kanciapy z wizami (a właściwie z naklejkami) wcale nie było łatwo znaleźć – ukryła się chyba w ostatnim budynku koło banku i nic ani przy wejściu ani na samym okienku nie sugerowało, że to tam.

Turcję, mimo że ładna i ciekawych miejsc wiele potraktowaliśmy wyłącznie jako tranzyt. Poszukiwania noclegu zajęły trochę czasu. Ostatecznie na nocleg wybraliśmy polecony przez ekipę z disco camping nad morzem. Mimo Dość dokładnych wskazówek kilka razy zawracaliśmy żeby go znaleźć. In plus – fajne położenie, poznana przesympatyczna para lokalesów; In minus – toalety i osobno płatny prysznic 😉

Trabzon – źle skojarzona nazwa miejscowości – miało być super fajne stare miasteczko, ale było i tak ciekawie ze względu na tabuny ludzi przewalające się ciasnymi uliczkami. Nie mając przewodnika pod ręką, na szybko oglądaliśmy widokówki, żeby zobaczyć czy jest tam coś ciekawego. Wyszło na to, że w samym miasteczku nie. Nieco później okazało się, że przy wjeździe do miasta jest duży i ładny kompleks klasztorny. Zdecydowaliśmy się  jednak jechać dalej, żeby mieć siłę na zwiedzenie Stambułu.

Stambuł – dotarliśmy doń w środku nocy, wszystko nie wiedzieć czemu zamknięte 😉   Okolice centrum świeciły pustkami. Zaparkowaliśmy auto blisko centrum (tak mówiła nam nawigacja) i wybraliśmy się na poszukiwania zabytków. Mapkę mieliśmy niezbyt dokładną, więc staraliśmy się iść na czuja. Plan był dobry, ale dwie kolejne osoby same z siebie zaczepiły nas mówiąc, że nie powinniśmy sami o tej porze iść w stronę, którą obraliśmy a żeby zobaczyć najciekawsze rzeczy trzeba iść w drugą stronę. Trochę nas to zaniepokoiło. Dokładając do tego wszystkiego zmęczenie drogą i późną porę stwierdziliśmy, że zwiedzimy Stambuł z okien samochodu. Zapakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy na czuja do centrum. Za murami uliczki zrobiły się wąskie, a jedna z mijanych ekip krzyknęła – „o Polacy, a co Wy tutaj robicie?”.  Po krótkiej wymianie zdań wiedzieliśmy gdzie zaparkować i dokąd iść oraz że tam, gdzie będziemy nie ma powodów do obaw.

Faktycznie – ta część miasta, mimo że w linii prostej nie była zbyt oddalona od poprzedniego miejsca była inna. Trochę więcej ludzi kręciło się po uliczkach, parę osób siedziało w knajpkach. Poszliśmy za ich przykładem i stwierdziliśmy, że jeśli się uda, zjemy obiad (a było około drugiej w nocy). Udało się – wprawdzie byliśmy ostatnimi klientami, ale jedzenie było smaczne, turecka herbata również.

Po krótkim popasie pooglądaliśmy sobie przez płot kościół Hagia Sofia i Błękitny meczet. Nawet z zewnątrz prezentowały się pięknie i majestatycznie. Trzeba będzie kiedyś wrócić.

Na pierwszej stacji za Stambułem zatrzymaliśmy się na nocleg.

Granica Turecko – Grecka

W okolicy granicy widzieliśmy chyba najwięcej wojska z całego wyjazdu.

Grecja

Część dla Marty – gorąco, woda, plaża. Zaszaleliśmy i zatrzymaliśmy się w jednym miejscu przez parę dni – taki urlop stacjonarny 😉

Minusy rejonów nadmorskich – wszystkie urokliwe zatoczki zajęte przez Bułgarów z namiotami lub campingami 😉

Powrót

Z Grecji przez Macedonię z krótkim zwiedzaniem Skopje, Serbia, Węgry, Wrocław

Podsumowanie:

8997km, miesiąc (bez 2 dni) w drodze, nowe super znajomości, przejechanych parę stref czasowych, parę alfabetów i trochę kultur, duży niedosyt, chęć zobaczenia dokładniej i więcej.

Czego zabrakło?

Trochę dokładniejszego przygotowania informacji o miejscach wartych zobaczenia (kilka minęliśmy dosłownie o włos), opon przyn. AT  żeby łatwiej mi było negocjować wjazd głębiej w teren, bagażnika dachowego, żeby łatwo zamocować plandekę chroniącą przed słońcem / deszczem, ………….. klimy   ale jak widać, bez tego wszystkiego też można jechać 🙂

Jeśli czytaliście tylko początek i koniec – plan wyjściowy zweryfikował się. Odpuściliśmy Armenię i zwiedzanie Turcji bo zabrakło czasu – tak piękna i wciągająca jest Gruzja. Złudna jest bliskość innych ciekawych krajów, bo chciałoby się wyskoczyć i do Syrii i do Iranu, i …… i ………..     tylko czasu brak :/

Jeśli ktoś jeszcze nie był – do Rosji potrzebna wiza, paliwo w super cenach, wiele nowoczesnych stacji na których można płacić kartą; Gruzja – warto kupić kartę GSM – zdecydowanie taniej wychodzi niż połączenia w roamingu; ceny zbliżone, za paliwo można było płacić kartą, w miejscach turystycznych można było znaleźć bankomat (i głównie z tej metody pozyskiwania gotówki korzystaliśmy); ludzie przyjaźni (czasami aż do bólu – i to nawet dosłownie 😉 ). Na drogach pozornie nie obowiązują żadne przepisy – a w sumie, to nie pozornie – nie obowiązują żadne 😉

Po godzinie 18 – 18:30 krowy i inne zwierzaki wracają z pastwisk, wcześniej spotkać je można albo na pastwiskach, albo na środku drogi (czy też w ciemnych tunelach). Instynkt przetrwania zanikł i nie ustępują nawet ciężarówkom.

Turcja i Grecja – drogie paliwo, ceny raczej wysokie (w porównaniu z resztą urlopu 😉 ). W Macedonii na bramkach autostradowych bezpłatne WiFi.

Dziękujemy wszystkim poznanym ekipom za informacje, rady, towarzystwo i ogólnie J  W szczególności – „ekipie z jeepa” tj Ani, Łukaszowi, Wioli, Wojtkowi i Arturowi oraz ekipie z majteczkowo-niebieskiego disco – Ani, Marcinowi i Idze (kilka ich fotek pojawiło się w materiale)!

Info motoryzacyjno techniczne:

Samochód – duży i wygodny 😉  Przed wyjazdem sprawdzony stan techniczny, dozbrojony w osłony silnika i skrzyni, kompresor do pompowania kół, przetwornicę napięcia (ładowanie wszystkich zabawek od lampy turystycznej przez telefony i aparat po laptopa), zabudowa sypialna i lampka do czytania dla pilota 😉

Części zapasowe – filtr paliwa, pasek klinowy (na szczęście nie przydały się)

Co jeszcze się przydało? Wiara (że samochód się nie zepsuje, a jeśli już, że szybko się go naprawi), nadzieja (że to nie ostatni tak długi wyjazd), miłość (nie tylko do podróży 😉 ), optymizm (na pewno wytrzymamy tyle czasu razem i się nie pokłócimy)  i pendrive z muzyką do zagłuszania szumu otwartych okien 😉

Text i Foto: Marek Smoliński 

Author: Marcin Gerc

Moja przygoda z off-roadem rozpoczęła się blisko 15 lat temu od zakupu Land Rovera Discovery. Wcześniej jako kibic byłem na jednym czy dwóch Wertepach, na wczasach jeździłem wypożyczonym Samurajem, a z kolegą udało nam się po klamki zakopać Vitarę na poligonie w Drawsku. Jednak to dopiero własny Land Rover rozpoczął prawdziwą przygodę. Przygodę, która wciągnęła mnie tak mocno, że każde wakacje staram się spędzać na terenowym wyjeździe, że nie wystarczały mi już samochody 4x4 i postanowiłem spróbować sił na motocyklu, a teraz naszło mnie jeszcze aby dzielić się pasją z innymi. Tak powstało Passion4travel.pl

Share This Post On