Defenderm Td5 do Mongoli (cz.1)

MONGOLIA 2011

Część pierwsza – czyli jakim cudem dotarliśmy tak daleko…

Część druga tutaj

Wreszcie nadchodzi długo oczekiwany dzień. Dzień wyjazdu na wyprawę do Mongolii.

Czekaliśmy na ten dzień cały rok. Decyzja zapadła na Chorwacji we wrześniu zeszłego roku. Rysiek przy urodzinowym kielichu żubrówki zapytał mnie z głupia frant, czy pojadę z nim do Mongolii. Na poprzednich jego wyprawach nigdy nie miał kto się zająć kroniką wyprawy, czyli kamerą i aparatem.

Chyba tak do końca nie biorąc na serio jego słów, odparłem że się zgadzam.

Potem jeszcze kilka razy Rysiek zagadywał mnie, czy jestem świadom swojej deklaracji.

Zawsze odpowiadałem, że jak najbardziej…. choć teraz wiem że do końca nie byłem…..

Co tam jakiś wyjazd do Mongolii. Trochę więcej kilometrów niż na Ukrainę, czy Chorwację.

W końcu parę miejsc na świecie razem już zjechaliśmy.

Prawdziwe przygotowania spoczęły właściwie tylko na barkach Ryśka. Od chwili, kiedy na lawecie pod jego dom zajechał świeżo zakupiony Land Rover Defender 110 TD, ruszyły pełną parą.

Końcowa wersja pojazdu prawie w niczym nie przypominała tego surowego, który zajechał pod dom. Nazywa się Krokodyl…. bo taki zielony i taki ładny… 🙂

Rysiek przez najbliższe pół roku, po mistrzowsku zagospodarowuje całe wnętrze.

Konstruuje rozkładane kanapy do spania dla dwóch osób, montuje całe mnóstwo przydatnych schowków i skrytek, dodatkowy zbiornik paliwa z pompą załączaną jednym przełącznikiem z kabiny…. i wiele wiele innych udogodnień.

Krokodyl otrzymuje przetwornicę prądu z napięciem na 220 volt, do wszelkich ładiowarek i narzędzi.

Na dach zjawia się rozkładany namiot dla dwóch osób.

Pod podwoziem przybywa zbiornik na wodę. Wyciągarka i snorkel. Cały zestaw narzędzi, od saperki po szlifierkę i piłę do cięcia drewna.

Auto nabiera już swoistego sznytu.

Po bokach nad oknami pojawiają się stalowe mosty. Na razie wyglądają jak szpanerska ozdoba dodająca tylko smaku.

Ale co ja wiem o prawdziwej wyprawie….

Kiedy na karoserii naklejamy naklejki, Krokodyl staje się niepowtarzalny.

I pomyśleć że długo wahaliśmy się czy je nakleić. Nasze kobiety były przeciwne.

– Świrujecie… po co musicie się chwalić że jedziecie do Mongolii….!!!

Mamy mieszane uczucia. Sporo racji jest w tym co mówią nasze dziewczyny. Chyba głupio tak się okleić jak w cyrku…

Narażając się na domowe awantury, ostatecznie decydujemy się na oklejenie Krokodyla.

Do wyjazdu mamy siedem dni… Wszystko jest gotowe…

____________________________________

9 czerwca zjawiam się w umówionym miejscu. Czyli pod domem Ryśka.

Wszystko już zapakowane. Krokodyl stoi przed domem wypchany po brzegi.

Rysiek i Dżozef odziani na wyjazd w firmowe, piękne czarne koszulki z nadrukiem.

Błyskawicznie dołączam do nich. Przerzucam jeszcze ostatnie swoje bagaże do auta i wciągam koszulkę. Ostatnie ujęcia na kamerze i… możemy jechać…

Kilka zdjęć na pożegnanie, parę uścisków i łez i…. jesteśmy gotowi do drogi.

Ruszamy w kierunku Warszawy. Dwie godziny jazdy po autostradzie A2, i gdzieś w okolicach Koła zrównuje się z nami terenówka kiwając do nas przyjaźnie i robiąc nam foty.

Po chwili zjeżdżamy na parking aby pogadać. Poznajemy dwóch rodowitych mongołów, jeden z nich świetnie mówi po polsku, Mieszka tu ponad 20 lat. Drugi jest z biznesową wizytą i za kilka dni wraca do Ułan Bator. Wypijamy z  nimki kawę w przydrożnym barze i wyciągamy jak najwięcej informacji o Mongolii.

Jedna z nich trochę nas przeraziła. W całej Mongolii od kilku dni nie ma nigdzie ropy. Rosjanie wstrzymali dostawy. Ale gdybyśmy mieli jakiekolwiek problemy, mamy się kontaktować z tym z Warszawy. A on już postara się nam wszystko załatwić.

Taki kontakt przed samym wyjazdem spada nam jak z nieba. Wymiana numerów i ruszamy dalej.

Nocleg pod Warszawą. Około 14.30 na drugi dzień jesteśmy na granicy. Czekamy na ekipę z Krakowa. Umilamy to sobie w barze przy jakiejś zupce i soku pomidorowym.

Około 15 zjawia się piękny Jeep Wrangler z dwoma sympatycznymi dziewczynami na pokładzie, gotowymi na długą i trudną wyprawę.

Mamy pewne obawy, czy to był dobry pomysł. Z kobietami zawsze są jakieś problemy. Prędzej czy później woda okaże się za zimna, albo w ogóle doskwierał będzie jej brak, spanie niedostatecznie miękkie, a kanapki zbyt toporne, lub bez obkładu…

Zastanawiamy się, czy przypadkiem nie wzięliśmy sobie dodatkowego kłopotu na głowę…

Przekraczamy granicę z Ukrainą bez większych niespodzianek.

Ale już około godziny 19 pierwsza kontrola milicyjna. Dziewczyny zostają zatrzymane. Jedziemy przepisowo, więc to tylko rutynowe zatrzymanie. Ale mimo to stajemy przed nimi w zasięgu wzroku, tak aby milcjanci nas widzieli. Po chwili puszczają nas bez zastrzeżeń.

Pierwsze przygody-niespodzianki pojawiają się bardzo szybko.

Około godz. 20 pedał hamulca wpada nam do samego końca bez jakiejkolwiek reakcji. Na ręcznym zatrzymujemy się na poboczu w środku lasu. Mamy urwaną jedną rurkę hamulcową i wyciekł nam cały płyn.

Musimy się doturlać do najbliższej wsi i poszukać mechanika. Ale na dziś nasza jazda raczej się zakończyła.

Najbliższą okazuje się wieś Czerewacha. Jeden jedyny mechanik jaki tam mieszka, to młody i sympatyczny Sasza. Godzinkę grzebie pod autem i zaślepia rurkę. Można jechać dalej, ale tylko na trzech kołach. Dostaje 5 dolarów i pozwala nam przenocować na swoim terenie. Przestawiamy się za jego zagrodę i rozbijamy pierwszy obóz. Oczywiście ognisko i pogaduchy do późnych godzin obowiązkowe. W końcu musimy się trochę poznać, skoro mamy przejechać 18 tysięcy kilometrów razem….

Rozkładanie spania też zajmuje nam trochę czasu. Jedna z dziewczyn śpi na metalowej półce ułożonej na bagażach w Jeepie. Druga dzielnie rozkłada namiot.

Rysiek z Dżozefem lokują się w kabinie Krokodyla na rozkładanej kanapie, no a ja jak król, sam w namiocie dachowym 🙂

Namiot jest fantastyczny. Tyle że, aby się do niego dostać, muszę każdorazowo odwiązywać plastikowe puste bańki, które zakupiliśmy w stolicy, aby do Mongolii wjechać z zapasem ropy na przynajmniej tysiąc kilometrów… Bo kto wie co nas tam czeka…

2 dzień. Sobota. 11 czerwca.

Ruszamy na wschód, na Rivne drogą E70.

W mieście Żytomir udaje nam się kupić rurkę do hamulca. Ale jeszcze nie wiemy o tym, że zjedzie ona z nami całą Mongolię leżąc w schowku…

Ukraina to jeden wielki folklor. Jak ktoś był, to wie o czym mowa.

Wioski mają swój niepowtarzalny klimat. Drewniana zabudowa, rozwalające się płoty…. i kolorowe, głównie niebieskie, pięknie zdobione okiennice.

Milicja czyhająca na każdym rondzie i skrzyżowaniu. Staramy się jechać zawsze przepisowo. Wiemy z doświadczenia, że z nimi się nie dyskutuje. Biorą każdą sumę. Na Ukrainie i w Rosji, korupcja nie jest karalna…

Pokonujemy setki kilometrów bez przerwy.

Nocleg nad niewielkim stawem. Chwilę rozmawiamy z kompletnie pijanymi rolnikami. Ledwo stoją na nogach. Ale są sympatyczni. Po czym wsiadają na mini traktorek i wracają do swoich domów… Jakim cudem dojadą w takim stanie, pozostanie ich słodką tajemnicą…

3 dzień. Niedziela. 12 czerwca.

O godz. 6 rano startujemy. W Polsce jest godz. 5.

Przed wyjazdem postanawiamy trzymać się zawsze czasu lokalnego. To ważne, aby nie zwariować przez przesunięcie czasu, które będzie się coraz bardziej zwiększać, w miarę pokonanych kilometrów. Aż dojdzie do siedmiu godzin różńicy. To bardzo dużo. Niejeden organizm może tego nie wytrzymać….

O godz. 8 jesteśmy już w mieście Sumy. Na drogach królują Moskwicze i Wołgi z lat 80. Doznajemy dziwnego uczucia. Powracają wspomnienia z lat młodości….

Czasy PRL-u jakby znalazły tu swoją ostoję… Stare bloki, stare samochody… Gdzieś już to widzieliśmy…

A już o godz. 9 jestesmy na granicy z Rosją. Ukraińcy wypuszczają nas bez większych problemów. Rosjanie za to trzepią nam cały samochód. Zaglądają wszędzie. Nawet do czarnego worka ze śmieciami.

Namiot dachowy interesuje ich szczególnie. Przy okazji otwierając nam „nieotwierane” drzwi z prawej strony Krokodyla, tłuką nam kilka słoików z prowiantem… Bez słowa izwinitie…

Po trzech godzinach wypełniania papierków i deklaracji otwierają się szlabany. Jesteśmy w Rosji. Do Kurska mamy ponad sto kilometrów.

Przejeżdżamy przez miasto bez zatrzymywania, poza jednym tankowaniem. Miasto ani urodziwe, ani specjalnie brzydkie. Ot, sporo socjalistycznych blokowisk. Ale sporo też jest nowoczesnych i nawet niebrzydkich budynków.

Na kazdym kroku atakują nas wielkie, propagandowe plakaty o zwycięstwie nad faszyzmem.

Przykuwają naszą uwagę autobusy miejskie. Wszystkie posiadają dziwnie wyglądające torpedy na dachach. To zbiorniki na gaz, bowiem wszystkie napedzane są tym właśnie paliwem…

Kiedy mijamy rzekę i spore miasteczko o wdzięcznej nazwie Dziewica, postanawiamy sobie zrobić parę zdjęć. Zwłaszcza że w naszym zespole są dwie dziewczyny. Ale ku naszemu zdumieniu, dają się bezproblemowo obfotografować na tle tablicy z nazwą miasteczka…

W pobliżu osady Kaszirskoje szukamy noclego. Odbijamy w bok od głównej drogi, tak aby się oddalić od zabudowań, no i najlepiej nad jakąś wodą…

Malownicza, czysta rzeczka wijąca się między pagórkami w zupełności nam wystarcza.

4 dzień. Poniedziałek. 13 czerwca

Poranne mycie w czystej, aczkolwiek lodowatej rzece ma swoje zalety 🙂

Noce mijają nam na razie bez większych problemów.

Po nocnej imprezie, wpadamy w kolejną kontrolę milicyjną w mieście Anna. Ja prowadzę. Na szczęście jestem trzeźwy. Obowiązuje nas niepisana umowa. Kto następnego dnia siada za rulą, to nie pije. I trzymamy się tego sztywno. Ratuje nas to wiele razy…:)

Krajobraz rosyjski jest powalający. Prosta asfaltowa droga jak spod sznurka ciągnie się po sam horyzont. Po bokach ogromne połacie brzozowych lasów. Są piękne. W Polsce nie ma ich w takich ilościach. Robią na nas wrażenie.

Nawigacja też powala nas swoimi komunikatami… Jeden z nich rozbawił nas do granic. „jedź 585 kilometrów prosto a potem skręć w prawo… ” Właściwie w tej części Rosji nie sposób już zabłądzić. Jest tylko jedna prosta droga wiodąca na wschód.

W tym dniu dzieją się też po raz pierwszy rzeczy dziwne. Przestaje działać jedna nawigacja. Nie można jej włączyć. Jest martwa. To prawdziwa katastrofa! W niej bowiem były wszystkie turystyczne mapy Mongolii…..! Do dyspozycji pozostaje nam tylko Garmin z bardzo prostą mapą… Czy ona nam wystarczy to się dopiero okaże…

Prawdopodobnie przetwornica prądu powoduje uszkodzenia ładowarek… Spala się też ładowarka od aparatu fotograficznego Nikon. Zdjęcia robimy tylko do wyczerpania się trzech zapasowych baterii. Następnie w ruch idzie zapasowy aparat Olympus…

Kolejny dzień jazdy dobiega końca. We wsi Mantiejevka odbijamy w bok nad ładne jeziorko. Piękne miejsce na nocleg.

Mija kolejny dzień, a dziewczyny nic nie marudzą. Dziwne. Już czas na jakąś drobną sprzeczkę, czy awanturę. A tu nic.

Trochę jesteśmy poirytowani… Jakoś nie pasują do stereotypowych naszych wyobrażeń…. Już powinny pękać… a tu nic….

5 dzień. Wtorek. 14 czerwca

Rankiem okazuje się, że zajęliśmy miejsce krowom, które przyszły na popas i są mocno zaskoczone naszą obecnością. I wice wersa. Choć one bardziej…

Czarny, skośnooki jećdziec na koniu też jest zaskoczony, i bacznie nam się przygląda z pobliskiego pagórka. Kiwamy do niego przyjaźnie aby rozładować sytuację.

Mamy trochę czasu, więc robimy mały porządeczek w zapasach. Dżozef przywraca do życia cały zapas suszonej kiełbasy, który lekko nam się spocił w zamkniętym worku foliowym. Po kąpieli, kiełbasa chwilę musi wyschnąć zanim wróci ponownie do skrzyni.

Zbliżamy się do Uralu. Zaczynają nas straszyć toalety w budkach z dziurą w podłodze i fetorem nie do wytrzymania. Od tej pory praktycznie można zapomnieć o sedesie. To są pewne uroki rosyjskich klimatów. Nowoczesna stacja benzynowa sieci Łuk-Oil, a toaleta w budce…

Najdziwniejsze jest to, że kobiety i mężczyźni mają oddzielną kabinę… Ale w środku niczym się one nie różnią…. nawet smród jest ten sam…

Kolejna kontrola milicyjna. Nasze magiczne naklejki naprawdę działają. Wielokrotnie milicjanci są przekonani że jesteśmy misją naukowo-dokumentalną, i że robimy rzeczywiście coś ważnego. Nie wyprowadzamy ich z tego błędu. Przychodzi nam nawet pomysł aby następnym razem wziąć jakąś starą używaną kamerę, byle dużą, która zawsze leżałaby na widoku i robiła „dobre wrażenie”…

Przemierzając te setki kilometrów tak zwanych „dupo-godzin”, najczęściej odwiedzanym przez nas miejscem są wszelkiego rodzaju stacje benzynowe. Lejemy paliwo i wyduszamy odciski od wielogodzinnego i monotonnego siedzenia w autach.

Trochę irytuje nas, że w tej części świata najpierw trzeba zapłacić za przypuszczalną ilość paliwa jaką uda nam się wlać, a dopiero potem uruchamia się pompa w dystrybutorze. Wszystko byłoby ok, ale czasem nie wchodzi cała ilość i wtedy ponownie trzeba udać się do okienka po zwrot nadpłaty. Parę razy zdarzyło się, że obsługa nie miała drobnych aby nam wydać resztę. A może to dobry sposób na dorabianie do pensji…)))

Na Uralu Aśka nie może zatankować na stacji Łuk-Oil. Nie ma gotówki. A aby zapłacić kartą musiałaby podać kobiecie z obsługi swój pin. Na pytanie, dlaczego sama nie może wprowadzić pinu do czytnika, słyszy w odpowiedzi coś co nas szokuje. Owszem nowoczesne czytniki są już zainstalowane… ale nikt nie pomyślał o tym, aby powiększyć okienko, bo przez obecne nie da się przełożyć czytnika na zewnątrz. A o wejściu do środka w ogóle nie ma mowy…

Ostatecznie, nie mając wyboru Aśka podaje swój pin do karty i tankuje paliwo. Ale do końca wyprawy nie będzie pewna, czy po powrocie nie okaże się iż konto jest wyczyszczone…

Około godziny 16 przystajemy na przydrożnym parkingu. Krokodyl zachowuje się dziwnie. Nie ma mocy. Trudno go rozpędzić na piątym biegu. Podjeżdżając pod góry musimy redukować biegi nawet do jedynki, aby się na nie wdrapać. Piszemy do polski sms-a o sprawdzenie objawów i jak temu zaradzić. Po godzinie przychodzi odpowiedź. Należy sprawdzić interkuler. Brzmi to dla nas enigmatycznie. Gdybyśmy jeszcze wiedzieli gdzie on jest i co z nim zrobić…

Kiedy robi się ciemno i chłodno, szukamy miejsca do spania. Niestety na bałym Uralu nie wolno biwakować nigdzie na dziko. Informują o tym wielkie tablice, rozstawione przy bocznych drogach. Pozostaje nam tylko stojanka. Jazda po tych wąskich drogach po zmroku, pomiędzy kolumnami pędzących tirów przypomina walkę o życie. Czym predzej zjeżdżamy na pierwszą napotkaną stojankę i zostajemy. Nie mamy wyboru.

6 dzień. Środa. 15 czerwca

Ze stojanki zwijamy się bardzo szybko. W nocy zmarzliśmy potwornie. Na termometrze tylko 8 stopni.

Po kilkudziesięciu kilometrach około godziny 7 rano, docieramy do końca Europy. To symboliczne miejsce. Na sporej wielkości asfaltowym parkingu zastawionym tirami i straganami z wszelkim towarem, stoi wysoki totem. Czekamy na Bandytę. dziewczyny zagubiły się gdzieś na Uralu. Kiedy się zjawiają robimy sobie kilka pamiątkowych fotek.

Kiedy wjeżdżamy do Czelabińska, od razu na pierwszym skrzyżowaniu zostajemy zatrzymani przez milicję uzbroją w broń długą. Zagadują nas jak nam się jechało i czy nie byliśy przez nikogo zaczepiani. Czelabińsk podobno uchodzi za jedno z bardziej niebezpiecznych miast w Rosji. Milicjanci zalecają jazdę obwodnicą, bo tam bezpieczniej.

Kawałek dalej znowu czekamy na Bandytę… Kiedy dziewczyny się zjawiają, wnętrze ich pojazdu wygląda co najmniej dziwnie. Przy przesuwaniu fotela, jedna z dziewczyn nieopatrznie nacisnęła zawleczkę od gaśnicy leżącej za fotelem i cała jej zawartość wyleciała do kabiny.

Około godz. 14 docieramy do Jurgamyszu. Szukamy banku lub bankomatu, aby wymienić trochę pieniędzy. Tu odbijamy z głównej drogi na południe do wsi Krasnyj Uralec. Tam mamy przenocować u Tatiany. To wdowa po tracznie zmarłym milicjancie, którego Rysiek poznał kilka lat temu i bardzo się zaprzyjaźnili.

Kiedy już jesteśmy w Krasnym Uralcu, nie możemy znaleźć tego domu. Ilość podobnych drewnianych domów rzeczywiście powoduje zawrót głowy. Trafiają nam się miejscowe chłopaki na motorze, którzy wiedzą gdzie to jest i chcą nas popilotować.

Po chwili jesteśmy na miejscu. Pyszna kolacja i impreza do białego rana. Bania czeka uszykowana. Warunki nie są najgorsze. Ale ubikacja jak zwykle, w drewnianej budce na końcu gospodarstwa…

Dom nie jest zbyt duży. My śpimy w samochodzie, ale dziewczyny mają wygodne łóżeczko w domu.

7 dzień. Czwartek. 16 czerwca

O godz. 5 startujemy do Kurganu podwożąc jednego z synów Tatiany. Musimy załatwić sobie meldunek, choćby fikcyjny, więc zajeżdżamy do sporych rozmiarów gostinicy.

Mamy poczekać  około 3 godzin. Ale w środku jest całkiem znośna toaleta, z umywalką i ciepłą wodą. Nie zastanawiając się długo doprowadzamy nasze ciała do porządku. W międzyczasie jedziemy jeszcze do centrum Kurganu, aby zakupić walutę.

Kiedy już wszystko mamy, ruszamy dalej.

Jesteśmy nad wierzchołkiem Kazachstanu. To miejsce w którym droga przez kilkadziesiąt kilometrów przebiega poza granicą Rosji, przez Kazachstan. My musimy objechać ten „cypel” dookoła przez Iszim. Objazd ten wynosi około 600 kilometrów.

Zasypiamy około 60 km przed Omskiem, na cudnej brzozowej łące, która jest też chyba wylęgarnią wszystkich gatunków komarów dla wszystkich regionów Rosji.

8 dzień. Piątek. 17 czerwca

Z uroczej wylęgarni komarów zwijamy się w niewyobrażalnym tempie. Śniadanko robimy dopiero 30 km dalej nad maleńkim stawkiem.

Mamy trochę spóźnienia, więc bez większych postojów gnamy do przodu. Kierunek  Omsk, Nowosybirsk.

Syberia jest niesamowita. Ogromne, niezagospodarowane tereny, gigantyczne połacie pieknych lasów i pól stojących odłogiem. To niewyobrażalny majątek i bogactwo zasobów naturalnych. Nikt tego tutaj nie eksploatuje. Gdyby nie asfaltowa, całkiem ładna droga, przyroda sprawia tu wrażenie absolutnie dziewiczej.

W naszej historii Syberia zapisała się niezbyt szczególnie zaszczytnie, dziesiątki tysięcy polaków zostało tutaj przymusowo zesłanych do ciężkiej i morderczej pracy przez komunistyczny radziecki aparat represji. Osiedlano ich głównie w obwodach: Omskim, Nowosybirskim, Kraju Krasnojarskim i Kraju Ałtajskim. Tysiące z nich nigdy już nie powróciło do swoich domów.

Kiedy z głupia frant zjeżdżamy do małej wioski aby zrobić zakupy spożywcze nie możemy się nadziwić instalacjom gazowym, ulokowanym nad powierzchnią ziemi. Przypomina to pajęczynę żółtych nitek powyginanych w przedziwne kształty, w zależności od tego czy akurat do danej posesji jest brama wjazdowa, czy nie. Wówczas rurki tworzą coś w rodzaju wrót unosząc się wyżej. Potem zaraz opadają niżej opierając się na niezliczonej ilości podpórek. Dla nas to taki inny świat…

Ruch na tej strategicznej i właściwie jedynej drodze na wschód zmalał praktycznie do zera. Trafiają się wielokilometrowe odcinki, kiedy nie mijamy żadnego pojazdu jadącego w przeciwnym kierunku.

Nocujemy nad dziko porośniętym jeziorem, na stanowisku wędkarzy. Stoliczek, ławeczki, daszek, a nawet stary metalowy piecyk na którym gotujemy kolację. Wszystko idealnie. Tyle tylko, że wylęgarnia komarów podróżuje chyba wraz z nami. Cały zapas środków przeciwko insektom na niewiele się zdaje. Powstrzymuje ataki zaledwie na kilka minut. Kiedy środek odparowuje, ponownie jesteśmy bezlitośnie atakowani.

9 dzień. Sobota. 18 czerwca

Godz. 8. Nowosybirsk.  Rzeka Ob. Najpotężniejsza, jaką w swoim życiu widzieliśmy. Wisła przy niej to rzeczka nie robiąca większego wrażenia. W miejscu gdzie przekraczamy Ob, czyli na wielkim moście który jest też gigantyczną tamą, jego szerokość sięga dwóch horyzontów. Sam most ma kilka dobrych kilometrów. Ilość wody która przepływa pod nami jest nie do wyobrażenia.

Wreszcie docieramy do Ałtajskiego Kraju. Na drogowskazach pojawia się już Taszanta, czyli przejscie graniczne z Mongolią – 909 km. W powietrzu rzeczywiście unoszą się już dziwne azjatyckie klimaty. Słyszeliśmy o nich, ale nikt tak naprawdę nie potrafił sprecyzować na czym to polega. Ale faktycznie czujemy się jakoś inaczej.

Krajobrazowo przypomina trochę naszą Kotlinę Kłodzką. Pięknie porośnięte zielonymi dywanami niewielkie i łagodne pagórki… Małe zaludnienie. I duże przestrzenie.

Na wszystkich dachach nadal króluje nieśmiertelny i szkodliwy eternit.

Na jednym z przydrożnych parkingów, jesteśmy świadkami przedziwnej sceny. Pośród zaparkowanych samochodów odbywa się impreza taneczna. Sądząc po strojach jej uczestników, to impreza weselna. Jest pani młoda w ślicznej białej sukni i cała rzesza pań elegancko odzianych. Wszystkie panie pląsają w rytmie wydobywającej się skądś muzyki. Panowie natomiast degustują jakieś napoje z tajemniczych kubeczków stojąc na uboczu.

Ałtaj jest zadziwiający. Górzysta, syberyjska ziemia wciśnięta między Kazachstan, Chiny i Mongolię. To niezwykła kraina kurhanów, szamanów i tajemniczych zjawisk. Nawet carski i komunistyczny ucisk nie zdołał zabić mistycznej duszy jej mieszkańców. Przodkowie tego małego narodu osiedli na Ałtaju w średniowieczu. Po kilku wiekach burzliwej historii w drugiej połowie XVIII stulecia region ten został wcielony do Rosji. Ale całe lata rusyfikacji nie zdołały wynarodowić ałtajczyków, którzy nadal używają własnego języka, przywiązani są do swoich tradycji, a ważną rolę w ich życiu nadal odgrywa instytucja szamanów.

Misteria szamańskie po dziś dzień odbywają się w najbardziej niedostępnych rejonach.

W zachodniej części Ałtaju spotyka się przy drogach, głównie na górskich przełęczach drzewa szamańskie obwiązane setkami wstążek, które miejscowa ludność zawiązuje na gałęziach jako wota ofiarne. Na wschodzie zaś, spotyka się kultowe ule, czyli stosy usypane z kamieni.

Nie bez powodu Ałtaj jest nazywany perłą Azji. To region pod względem ekologicznym prawie nie skażony. Posiada niespotykane walory krajobrazowe. Na wielu ałtajskich szczytach jeszcze nigdy nie stanął człowiek. To prawdziwy raj dla turystów.

Widok swobodnie hasających dużych stad koni po głównej drodze nikogo tutaj nie dziwi. Nas jednak nadal zaskakuje. Trzeba też na nie bardzo uważać, nieprzygotowany kierowca może się wystraszyć ich spontanicznym i nieprzewidywalnym zachowaniem.

Po drodze przystajemy w małej wiosce aby zawitać do sklepiku. Chyba trafiamy na zakończenie roku szkolnego, bo po wiosce pomykają młode chłopaki w białych, wykrochmalonych i wyprasowanych koszulach z butelkami wina w ręku.

Kawałek dalej ulegamy urokowi rzeki, która przecudnie wije się pomiędzy górkami trzymając się cały czas naszej szosy. To Bija. Wypływa z jeziora Teleckiego nad które jedziemy. Jest dzika, kamienista, energiczna i… piękna…

O godz. 20 wjeżdżamy do Artybaszu nad jeziorem Teleckim. To tutaj ma się zacząć nasza przygoda z przeprawą przez to niesamowicie piękne i wielkie jezioro. Wszystko zależy od tego, czy łajba o wdzięcznej nazwie Biełka jeszcze pływa. Tylko ona była w stanie wziąć dwa auta naraz na swój pokład. Rysiek pięć lat temu przemierzał już tę trasę i wówczas korzystał z tego środka transportu.

Zajeżdżamy wpierw na przystań, gdzie cumują podobne łodzie…. ale Biełki nie ma wśród nich. Nikt też nie może nam udzielić dokładnych informacji. Pytamy ponownie przypadkowo napotkanych ludzi. Wskazują nam jeden adres. Zajeżdżamy na plażę.

Bingo. Jest Biełka, i wygląda dosyć przyzwoicie. Na plaży poznajemy kilku imprezujących rosjan, którzy błyskawicznie zostają naszymi przyjaciółmi. W dowód przyjaźni wciskają nas w kapoki i ładują na skuter wodny. Przejażdżka z prędkościa 100 km zatyka nam dech w piersiach. Kiedy zaczynają zbyt mocno się popisywać, skuter wywraca się i Małgosia wpada do lodowatej wody. Musi dopłynąć do brzegu o włąsnych siłach. Po chwili od rosjanek dostaje leczniczą setkę wódkii na rozgrzewkę.

Dwadzieścia metrów dalej wjeżdżamy na podwórze, pod dom w którym będziemy nocować. Warunki nie najgorsze. Wygodne łóżka, umywalka z bieżącą wodą… Tylko ubikacja jak zwykle… w wychodku.

Nie wiadomo skąd zjawiają się jeszcze jacyś obwoźni handlarze, oferujący zestawy ziół zbierane przez ich babcię. Nie kupujemy tej wzruszającej bajki, ale za gto kupujemy jedną paczkę cudownej herbatki za pięć dolarów, która notabene okazuje się całkiem smacznym zestawem ziół.

Atmosfera jest bardzo sympatyczna. Impreza się rozkręca. Trzeba jeszcze pospawać tylni kufer, który nam się oderwał od karoserii.

Noc w Artybaszu jest przyjemna, cicha i spokojna. Poza jednym nocnym incydentem z naszymi zaprzyjaźnionymi rosjanami z plaży, który sprawia że musimy wcześnie rano w ekspresowym tempie z tego miejsca się ewakuować. I cudem unikamy tęgiego lania.

10 dzień. Niedziela. 19 czerwca

Wstajemy wcześnie rano. Poranne mgły są czarujące. Unoszą się nad taflą jeziora niczym nocne zjawy. Biełka rozgrzewa już silniki. Szykujemy się do wjazdu na pokład, co nie jest rzeczą wcale prostą. Pokład jest dosyć wysoko, i wjazd możliwy jest tylko po wąskich i śliskich deskach. Żenia przygotowuje wszystko jak najlepiej potrafi. Ale pierwsze próby wjazdu na pokład okazują się nieudane. Rysiek po wczorajszej imprezie jest dziś niedysponowany i nie da rady podjechać. Za rulą siada operator kamery, czyli ja.

Pochył jest tak mocny, że kufrem z tyłu zbieramy błoto z plaży. Ale nie ma innego wariantu. Załączamy napęd na 4 i równym wolnym tempem wspinam się po deskach na pokład. Co do kierunku jazdy polegam tylko na wskazaniach Żeni. Z kabiny Krokodyla bowiem nie widać desek po których jadę.

Po chwili Krokodyl jest na pokładzie. Zaraz za nim lokuje się Bandyta. Aśka wjeżdża bez najmniejszego problemu. Parkujemy jak najbliżej siebie aby mozna było zamknąć właz. Po chwili Biełka odbija od brzegu. Sympatyczna Julia, właścicielka domu w którym nocowaliśmy też przychodzi nas pożegnać.

Rozpoczynamy kilkugodzinny rejs przez niesamowicie piękne, otoczone wysokimi i dzikimi górami jezioro Teleckie. Ma długość prawie 80 km, szerokość dochodzi do 5 km, a głębokość sięga nawet do 325 m. Jest wąskie i długie. Przypomina odwróconą literę L. Otoczone jest niedostepnymi, stromymi górami, których szczyty dochodzą nawet do 2000 mnpm, porośniętych lasami cedrowymi. Na szczytach widać czapy śnieżne. Wypływa z niego aż 70 rzek.

Na dnie znajduje się strefa afotyczna, to znaczy że światło nie dociera do jagłębiej położonych warstw dna, uniemozliwiając rozwój roślinności.

Niestety ta piękna okolica, ma też swoją negatywną stronę. Podobnież spadają tu części od rakiet odpalanych z Bajkonuru. Pierwszy człon rakiety jest przewidziany na zatopienie właśnie gdzieś w tych okolicach. Mieszkańcy twierdzą, że od potopionego paliwa rakietowego wśród mieszkańców wzrasta zachorowalność na raka. Żartują też, że często trzeba patrzeć do góry aby coś nie spadło nam na głowę.

Rejs dostarcza nam niesamowitych wrażeń. Błoga cisza zaklócona jedynie monotonnym warkotem diseslowskiego silnika Biełki. Szum fal i chłodny wiatr smagający nas po twarzach. Aby posiedzieć na dziobie łodzi musimy odziać się w najgrubsze polary,  zaciągnąć kaptury i zapakować się w wiatroszczelną plandekę. Mimo tych kilku godzin wydawałoby się monotonnych, jest uroczo. Kontemplujemy w ciszy to wszystko co nas tu otacza. Kiedy mijamy środkową część jeziora, tę najbardziej niedostępną, jesteśmy zszokowani, że są jeszcze tak piękne miejsca na ziemi.

Żenia jest bardzo małomówny. Praktycznie nie wychodzi ze swojej kabiny. Jeśli ktoś z nas do niego nie zagada, to praktycznie się nie odzywa. Buszujemy swobodnie po całej łodzi robiąc film i zdjęcia. Dżozef próbuje nawet złapać jakiegoś stwora na wędkę, ale niewiele z tego wychodzi.

Szykujemy się do lądowania w południowej części jeziora. Teraz bedziemy się przebijać przez około 160 kilometrów przez najbardziej urokliwe, malownicze i dzikie tereny Ałtaju, aż do Czujskiego traktu, czyli głównej drogi do granicy z Mongolią.

Zjazd z pokładu okazuje się jeszcze bardziej skomplikowany niż podjazd. Pierwsza próba, tylko po otwartym trapie nie jest możliwa. Pochył jest zbyt mocny. Aśka w Bandycie urywa dwie lampy umieszczone z tyłu nisko pod zderzakiem. Ponownie układamy deski. Pół godziny później jesteśmy już na plaży. Rozliczamy się z Żenią (dostaje 1000 zł w rublach) i szykujemy się do dlaszej jazdy. Na plaży poznajemy ekipę sympatycznych rosjan, którzy autami terenowymi wożą turystów po Ałtaju. To ich sposób na życie. Siedzą tu cały czas i jest im dobrze. Będziemy ich jeszcze spotykać kilka razy na tej trasie.

Droga przez cały czas jest szutrowa, z ostrymi kamieniami. Trzeba uważać, by nie przebić opony.

Jazda po takiej drodze jest mocno uciążliwa dla uszu. Hałas jest dosyć spory. Ale widoki jakie się przed nami rozpościerają, rekompensują z nawiązką wszelkie niedogodności.

Po drodze ulokowane są niewielkie osady, które sprawiają wrażenie jakby Bóg o nich zapomniał.

Godz. 14. Bałykcza. Założona w XVII wieku. Drewniana rozpadająca się zabudowa. Krzywe stare płoty. Kilkanaście domów i trochę zwierząt pasących się w okolicy. W środkowej części, ładnie odmalowany na żółto, z niebieskim dachem meczet. Zaraz obok niewielki sklepik z bardzo ubogim asortymentem. Sielskij Dom Kultury z oknami zabitymi deskami i bez drzwi wejściowych. Odpadająca z niego farba była chyba kiedyś jasnoniebieska. Ponury widok, ale jakże prawdziwy dla rosyjskiej rzeczywistości…

Kawałek dalej niewielki placyk z wielkim, monumentalnym ale koszmarnym pomnikiem, poświęconym ofiarom Otiecziestwiejnej Wojny… 1941-1945. Przypomina metalową sztabę wbitą z impetem w ziemię. Sierp i młot obowiązkowy. Zaskakujące, że w tak niedostępnym miejscu pobrzmiewają jeszcze echa tak odległej wojny. Jakim cudem dotarł tutaj front…

Pierwsze wrażenie to ogólnie panujący tu rozgardiasz i chyba wielka bieda. Ale ma to też swój urok. W końcu po też przejechaliśmy te kilka tysięcy kilometrów, aby właśnie taki klimat zobaczyć.

Jedziemy dalej. Musimy trzymać spory dystans pomiędzy autami bo w powietrze wzbijają się tumany kurzu, a przy otwartych wszystkich oknach jest to dosyć niebezpieczne dla naszego sprzętu fotograficznego…

Przy drodze wielka niespodzianka. Plantacja marihuany rozciągająca się na przestrzeni kilkuset metrów. Idealne miejsce dla gangów narkotykowych, ale jakoś nikt się tym tutaj nie interesuje, poza nami. Urywamy sobie symbolicznie po jednym liściu, choć nie jesteśmy amatorami tego typu używek. Jak już mamy się znieczulić, to wolimy piwo lub żubrówkę:)

Otaczający nas krajobraz jest teraz niesamowicie zmienny. Od prawie że pustynnej drogi po równinie otoczonej dookoła wysokimi pasmami gór, poprzez gęsto porośnięte lasy brzozowe i cedrowe. Cały czas poruszamy się wzdłóż rzeki Czułyszman. Mijamy dziesiątki małych, drewnianych mostków przerzuconych przez niewielki potoczki. I żadnych zabudowań.

Czułyszman może nie jest jakoś specjalnie wielki, ale ma dosyć wartki nurt i jest mocno kamienisty. Widać że woda ma tu niesamowitą siłę i energię. Jest niebywale malowniczy i fotogeniczny.

Gdzieś, za którąś górą z rzędu, pojawiają się konie i owce. Popasają się w pobliżu teraz piaszczystej drogi ciesząc nasze oczy i nasze obiektywy.

Przez chwilę, nie wiadomo skąd, pojawiają się trzy ałtajskie dziewczyny na jednym koniu. Uśmiechając się do nas zalotnie znikają w czeluściach syberyjskiej tajgi.

Godz. 17. Następna niewielka osada to Koo. Podobnie jak w poprzedniej, ledwo trzymająca się pionu drewniana zabudowa i tym razem prawosławna cerkiew, jako najładniejszy budynek w centralnym miejscu wioski. Niebieskie cebulaste hełmy na wieżach lśnią nowością. Wszystkie pozostałe dachy mogą mu tylko pozazdrościć.

Jedyny człowiek jakiego mijamy, to mały bosy chłopiec bawiący się na żwirowej ulicy. Nawet nie zwraca na nas uwagi.

Nocujemy na w miarę płąskiej półce porośniętej gęstą trawą, nad samy brzegiem Czułyszmanu. Ognisko i kilka drinków. Toaleta wieczorna w lodowatej wodzie nie należy do zbytnich przyjemności. Raczej jako konieczność. W oddali widzimy jakiś drewniany nowy budynek. Deski z których został zrobiony nie zdążyły jeszcze ściemnieć. Dla pewności idziemy się zorientować, czy przypadkiem nie rozbijamy się na terenie prywatnym.

Poznajemy sympatycznych drwali, którzy prowadzą tu wycinkę drzew i spławiają je rzeką.  Dziwne. Nie widzimy tu żadnych maszyn służących do tego. Ani nawet jednego ściętego pnia. Ale aby formalności stało się zadość, pytamy o zgodę na rozbicie obozu. Nie ma żadnego problemu.

Nadchodzi kolejna noc poza krajem, którą przyjdzie nam spędzić w najbardziej tajemniczym i niesamowitym miejscu… Noc na Ałtaju…

11 dzień. Poniedziałek. 20 czerwca

W powietrzu unosi się wilgoć. W nocy padał deszcz. Niebo jest zachmurzone. To niedobrze. Mamy przed sobą do pokonania wysoką przełęcz Katu-Jaryk, a podczas deszczu wąska droga może być niebezpieczna, śliska i trudna do pokonania.

Rano przychodzi jeszcze „sąsiad drwal” z synem aby chwilę z nami pogadać.

Jesteśmy na wysokości 800 mnpm. Czułyszman staje się coraz szerszy i bardziej narowisty. Jego fale obmywają duże ilości sporej wielkości kamieni pieniąć się przy tym niesamowicie.

Zatrzymujemy się nad przepięknym wiszącym mostem, umocowanym na stalowych linach. Jest uroczy. Na perwszy rzut oka wygląda jak eksponat muzealny, którego nie należy dotykać. Takie mosty ogląda się na filmach z Indiana Jonsem. Ale to tylko pierwsze wrażenie. Przy odrobinie uwagi można się nan nim zupełnie spokojnie przemieszczać. Podziurawiony jak sito… Pozaklejany łatami z desek. Po prostu stary, bardzo fotogeniczny, wiszący most przez Czułyszman.

O godz. 13 docieramy do przełęczy Katu-Jaryk. To 3,5 kilometra wąskiej szutrowej drogi wspinającej się trawersem po zboczu góry. O niebezpieczeństwie czyhającym na nierozważnych kierowców informuje tablica umieszczona u podnóża przełęczy, ale także wraki rozbitych samochodów zalegające dolinę porośniętą gęstymi krzakami.

W dole znajduje się Tur-Stojanka, czyli kilka drewnianych charakterystycznych domków do wynajęcia, wychodek i woda źródlana tryskająca spod ziemi.

Ruszamy do góry. Pierwszy wspina się krokodyl. Powolnie, na jedynce przy włączonych napędach na 4 i blokadzie dyferencjału. Silnik wyje na wysokich obrotach, ale ciężkie auto sukcesywnie posuwa sie naprzód. podjazd trwa około 40 minut.

Widok jest przedni. Od przepaści dzieli nas tylko metrowej szerokości pas kamieni. Jesteśmy na wysokości chmur. U góry GPS pokazuje 1730 mnpm. U góry przyroda zmienia swe oblicze diametralnie. Staje się gęsta i soczysto zielona. W końcu to środek syberyjskiej Tajgi.

Przy wjeździe do osady Bałyktujuł ponownie Bandyta z dziewczynami na pokładzie ginie nam z oczu. Przejeżdżamy przez wioskę bez zatrzymywania i przy wylocie czekamy.

I znowu najładniejszym budynkiem górującym nad osadą jest prawosławna cerkiew z błyszczącym niebieskim dachem i cebulastym chełmem. Ta jest wyjątkowo ładna. Drewniane ściany tworzą zgrabną kilkuczęściową bryłę. Nad wejściem okrągłą drewniana rozeta.

Kiedy przebijamy się przez dosyć bezludny odcinek Tajgi zaczyna się mocna ulewa. Widoczność jest mocno ograniczona. Wycieraczki pracują bez przerwy.

Wtedy niczym zbiorowa halucynacja na drodze pojawiają się konie. Wielkie stado liczące kilkadziesiąt osobników dużych i małych. We wszystkich kolorach. Pedzą w tym samym kierunku co my i ani myślą ustąpić drogi. To niesamowite uczucie. Jesteśmy zachwyceni tym widokiem, choć nie mamy pewności czy to aby nie jest przywidzenie.

Pierwotnie mamy wrażenie że stado jest dzikie. Ale po chwili dostrzegamy, że wszystkie konie mają nowe, jeszcze błyszczące podkowy… Więc jak to jest… czyje one są, kto jest w stanie je tu upilnować… Dokąd one wedrują… Wszakże jesteśmy w gęstym lesie, któy ciągnie się od dobrych kilkudziesięciu kilometrów, a w pobliżu nie ma żadnych zabudowań… Doprawdy dziwne…

Tak czy siak, scena tak jest niespotykana w naszej części świata… tym bardziej jesteśmy nią zauroczeni… Tak jak niespodziewanie się pojawiły, tak samo niespodziewanie zniknęły w otchłaniach syberyjskiej Tajgi…

Nieuchronnie zbliżamy się do granicy z Mongolią.

Godz. 17. Ak-Tasz. Kolejne drewniano-westernowe senne miasteczko. Chwilami mamy wrażenie, że mijane przez nas osady są opustoszałe. Nie spotykamy żadnych mieszkańców, nikogo nie ma na ulicach. Jedynie w sklepiku z prostymi częściami samochodowymi  jest niezbyt sympatyczna pani. Po bokach drogi porzucone wraki samochodów sprawiają posępne wrażenie. Jakby przetoczył się tędy jakiś huragan. Ogólnie panujący bałągan. Przy wjeździe prosta bryła drewnianego meczetu w kształcie kwadratowego klocka z niewielką wieżyczką pośrodku, koegzystuje z prawosławną cerkwią z błyszczącym dachem…

Na znaku drogowym informacja, że w miasteczku jest milicja, i numer telefonu…. 020 !

Na stacji benzynowej postanawiamy zatankować wszystkie plastikowe baniaki, które mamy na dachu… Nie wiadomo jak dalej będzie z paliwem…

Droga wiodąca do ostatniej miejscowości przed granicą wygląda jak droga na koniec świata. Kompletnie pusta, wijąca się pomiędzy wysokimi, soczyście porośniętymi trawą, górami. ładny, równy asfalt, wymalowane pasy i znaki drogowe. I ani żywej duszy. Tylko nasze dwa pojazdy…

I tu niespodziewanie po raz pierwszy możemy poczuć powiew mongolskich klimatów. Zaraz przy drodze hasają sobie dzikie wielbłady. Stoją kilka metrów od nas. Pozwalają się fotografować i z zaciekawieniem nam się przyglądają…

Godz. 22. Kosz-Agacz. ostatnie miasto przed granicą.b

Jest ciemno i późno. Chcielibyśmy wynająć tu pokoje w jakiejś gostinicy. Po kilkunastu minutach poszukiwań zajeżdżamy pod spory drewniany dom, któru jest akurat rozbudowywany. Robotnicy, którzy właśnie skończyli w nim prace remontowe, zapewniają nas że w środku są gotowe i urządzone pokoje i będziemy zadowoleni. Dzwonią po właściciela, który zjawia się błyskawicznie. Chwilę się targujemy o cenę i oglądamy pokoje.

Kiedy tak rozmawiamy, niespodziewanie z głośników całej osadzie rozlega się głos muezzina, wzywający do nocnej modlitwy zwanej isza’a… Wydaje nam się, że głos odtwarzany jest z taśmy, jest monotonny i zbyt mechaniczny. Ale i tak robi na nas niemałe wrażenie.

W gostinicy jest dobrze. Czysto, ładna nowa pościel. Łazienka z sedesem, prysznicem i ciepłą wodą. Nie ma sprawy. zostajemy.

12 dzień. Wtorek. 21 czerwca

Zbieramy się wyjątkowo bez pośpiechu. Jest piękne słońce. Robimy szybki rekonesans przez miasteczko i dolewamy paliwa na skromnej stacji benzynowej.

Po godzinie jesteśmy w Taszancie. Wysokość 1916 mnpm.

To historyczna chwila. Po dwunastu dniach ciągłej jazdy jesteśmy na granicy z Mongolią. Musimy godzinę poczekać, przejście jest jeszcze nieczynne.

To trudne do określenia, ale czujemy coś dziwnego w powietrzu. Ta niesamowita odległość od naszych domów i rodzin… I to miejsce, zagubione gdzieś wśród wysokich surowych gór… I tylko my, trzech facetów i dwie kobiety w dwóch samochodach, które są teraz naszym domem, stołówką, sypialnią, kuchnią i wszystkim co mamy…

Dwunasty dzień, a dziewczyny nadal ani razu nie marudziły. Jesteśmy nawet trochę tym faktem zaniepokojeni… Czy to aby możliwe, że tak wszystkie trudy i niedogodności im odpowiadają i znoszą je tak samo jak my… Przecież to my jesteśmy tym twardszym i bardziej odpornym gatunkiem. Jak to w ogóle jest możliwe, że te dwie drobne dziewczyny to wszystko wytrzymują… Chyba przyjdzie nam zreflektować swój pogląd na te sprawy.

Ale zreflektować przed samym sobą to jedno, a przyznać się na głos to już o wiele trudniejsze. Ale póki co zaczynamy być pełni podziwu…

Wreszcie zaczynamy odprawę. Po pokonaniu formalności wjeżdżamy do dziwnej przestrzeni zwanej ziemią niczyją. To pas ponad dwudziestu kilometrów, który dzieli obie granice.

Jeszcze ostatnie spojrzenie za siebie i definitywnie żegnamy zaskakującą ale i urzekającą Rosję…

Tekst: Krzysztof Rzepka

 

 

Author: Krzysztof Rzepka

Krzysztof Rzepka - plastyk, fotoreporter, miłośnik przygód, awanturniczych powieści i dalekich romantycznych wypraw w nieznane... lat 45, mieszkaniec Tarnowo Podgórne k/Poznania, prywatnie poruszam się leciwym już Renault Megane :)

Share This Post On