Awaria w podróży – przeżycie niezwykłe.

_MG_5820 Milosz

 

Awarie… echhh… tego na wyprawie każdy kierowca czy raczej właściciel terenówki obawia się chyba najbardziej. Nawet najlepiej przygotowany sprzęt może odmówić posłuszeństwa, psując tym samym sielankową atmosferę wyprawy. Mały kłopot, gdy jesteśmy w kraju, blisko domu, serwisu, znajomych. Gorzej, gdy wypadnie naprawiać samochód tysiące kilometrów od domu, gdzieś w głuszy, na bezdrożach.

Często sama naprawa nie jest największym zmartwieniem. Problem stanowi logistyka postępowania w takiej sytuacji. Szczęście jeśli mamy zapasową część ze sobą i my albo ktoś z współtowarzyszy potrafi dokonać samodzielnej naprawy. A jeśli nie ma części? A jeśli nie da się holować samochodu? Co zrobić jeśli naprawa zajmie kilka dni, a ekipa ma określony plan i nie może czekać tak długo na pechowca?

Opowiemy, jak tego typu sytuacje udało się „opanować” na kilku naszych wyprawach. To nie będą opowiadania o mechanice. To będą opowiadania o wzajemnej pomocy, o szczęściu w nieszczęściu, o dziwnych zbiegach okoliczności i zaskakujących przygodach.

Przypadek I – Kaukaz północny, 2013.

To było 3 tygodnie temu. Gdzieś na górskich bezdrożach kaukaskiej republiki karaczajo-czerkiesji. Zaledwie czwarty dzień wyprawy i zaledwie pierwszy na Kaukazie. Po mroźnej nocy powitał nas słoneczny poranek i bajecznie kolorowy wschód słońca nad zamykającym horyzont Elbrusem. Standardowe poranne procedury – rozgrzewka, gotowanie wody, śniadanie, pakowanie i w drogę. „Droga” to eufemizm tego, po czym przyszło nam jechać. Wąski trawers, błotnisto-kamienista ścieżka, na zmianę stromo wznosząca się i opadająca po zboczu góry. Na dodatek miejscami (a jakże, tam gdzie najwęziej) zalodzona. Marzenie offroadera. W autach panowała atmosfera euforii. I nagle…

Takiej awarii nikt się nie spodziewał. W samochodzie Roberta odpada przednie koło! Ba, żeby tylko koło… Odpadła cała piasta ze zwrotnicą. Obraz nędzy i rozpaczy!

Samochodu nie da się holować. Części nie da się pospawać. Zapewne na całym Kaukazie północnym nikt nie ma takiej części w sklepie, warsztacie ani w domu. Do tego dojazd do miejsca awarii możliwy jest tylko twardą terenówką. Czarna d…a! Aby dopełnić obrazu pecha trzeba zaznaczyć, że rozpadła się część, która tuż przed wyprawą była wymieniana na nową w serwisie!

Pierwsze myśli były równie czarne. Ale trzeba działać. Wyprawa musi się toczyć zaplanowanym rytmem. Szybka narada, przepak najważniejszych rzeczy i Roberta do jednego z pozostałych samochodów, zabieramy całą zwrotnicę z piastą ze sobą, auto niestety zostaje.

Co czuje właściciel samochodu, gdy zostawia na pastwę losu i miejscowych pasterzy swoją ukochaną wyprawówkę pełną ekwipunku? Gdy powoli maleje w lusterku, staje się malutkim czerwonym punktem na bezkresnych obcych przestrzeniach porośniętych złotymi trawami, aż w końcu pozostaje tylko świadomość, że gdzieś tam, za górą stoi bez jakiejkolwiek opieki. Przez kolejny tydzień codziennie zastanawialiśmy się, w jakim stanie zastaniemy pozostawiony pojazd. Czy w ogóle będzie co naprawiać? Przecież dla skromnie żyjących w górach czerkiesów 2 tony złomu to nie lada gratka. Później okazało się, jak bardzo byliśmy w błędzie.

Konkretne działania rozpoczęliśmy od razu. Ustalenie numeru części, namiary na najbliższy serwis (w Stavropolu – 220km od miejsca awarii), kontakt z serwisem czy, za ile i na kiedy mogą mieć część. Równolegle ustalamy czas dostarczenia części kurierem z Polski. Wszystko to przez znajomych w Polsce, przez tłumacza, bo przecież zamawiając część trzeba być precyzyjnym, nie można się pomylić w tłumaczeniu. Były nawet pomysły aby część przywieźć z zaprzyjaźnionego serwisu w Tibilisi, ale… to jest Rosja, mamy wizy, jednokrotne, wyjazd za granicę równa się brakowi możliwości ponownego wjazdu. Transport z Polski owszem, możliwy, ale po drodze święta, nie ma pewności jak długo to potrwa. A w Stavropolu część będzie za 4 dni robocze. Czyli za tydzień… Trudno, decyzja – zamawiamy. W sumie proste ogarnięcie tego tematu kosztowało kilkanaście rozmów z krajem rozciągniętych w czasie na półtorej dnia, gdyż łamany zasięg telefonii komórkowej w górach, znikający czasem na kilka godzin, nie pomagał w całej akcji. Pozostało kontynuować wyprawę, cierpliwie czekać, obmyślać logistykę naprawy i nie martwić się zbyt wiele na zapas.

Poruszając się zgodnie z programem wyjazdu co dzień oddalaliśmy się od miejsca, gdzie pozostał samochód Roberta, jak i od serwisu, do którego miała być dostarczona część. Mieliśmy wątłą nadzieję, że część dotrze nieco wcześniej – akurat wtedy, gdy całą grupą zaplanowaliśmy całodzienny wypad z Groznego w góry Czeczeni.. Dałoby to prowadzącemu oraz Robertowi w sumie dwie noce i cały dzień na powrót do Stavropola, dojazd na miejsce awarii, naprawę i powrót do Groznego. Jedyne 1000 km – w rosyjskiej rzeczywistości nie tak wiele. W tym samym czasie reszta grupy wraz z miejscowym przewodnikiem realizowałaby zamierzony program. Logistyka idealna. Niestety dostawa do serwisu nie przyszła wcześniej.

Była sobota po południu. Kończyliśmy trasę po Czeczenii. Nocleg zaplanowany był za przełęczą, już po dagestańskiej stronie, niedaleko wysokogórskiego aułu Andi. Wszystko dookoła było idealne – oszałamiające widoki, obłędna górska trasa dostarczająca wielu emocji kierowcom i pasażerom, wzorowa pogoda, co chwila spotkanie z niezwykle gościnnymi mieszkańcami górskich wiosek. Ale w głowie pozostała świadomość nierozwiązanego problemu. W Stavropolu – oddalonym od tego miejsca o ponad 550 km, część miała się znaleźć dopiero za dwa dni – w poniedziałek. Powrót z tego miejsca, a właściwie z miejsca, gdzie mieliśmy być dwa dni później, bez przymusowego pozostawienia reszty ekipy w kilkudniowej bezczynności był niemożliwy. Dodatkowo wciąż wisiało nad nami widmo kończącej się za tydzień wizy, a więc przedłużenie wyjazdu nie wchodziło w rachubę. W tym momencie ze strony ekipy padły słowa, które pokazały, że wspólne wyprawowe przeżycia w szybkim tempie wiążą ludzi, którzy jeszcze kilka dni wcześniej w ogóle się nie znali: „przyjechaliśmy czterema samochodami, wrócimy czterema; i koniec!”. Tylko jak to zrobić, żeby nie stracić kilku dni, co równałoby się z rezygnacją ze zwiedzania Dagestanu – naszego głównego celu wyprawy?

Rozwiązanie znalazło się samo. Przy obiedzie wygadałem się (celowo, licząc na jakąś pomoc) znajomemu Czeczenowi, że mamy tak a taki problem. Magamed popatrzył na zdjęcie uszkodzonego samochodu, kazał sobie pokazać na mapie, gdzie stoi auto i – parafrazując – powiedział: „Robert zostaje u nas, w niedzielę w nocy jedziemy moim samochodem do Stavropola, odbieramy część, jedziemy do Kisłowodska, szukamy UAZa, jedziemy w góry, naprawiamy auto i wracamy razem do Groznego. A w Nalczyku mam kuzyna mechanika, który nam pomoże”. Później okazało się, że kuzyn nie mógł legalnie dokonać naprawy na terenie karaczajo-czerkiesji mieszkając w kabardyno-bałkarii – ot, kolejne dziwactwo rosyjskiego prawodawstwa. Zatem w sobotę wieczorem pożegnaliśmy się z Robertem i Magamedem i wjechaliśmy na terytorium Dagestanu.

Optymistycznie liczyłem, że w środę wieczór zobaczymy znów Roberta. Rzeczywistość wyprzedziła moje rachuby o dobę. Począwszy od poniedziałkowego południa dostawaliśmy kolejne smsy w wieściami:

„mamy część”

„szukamy auta”

„jest auto!”

„jedziemy – ale bez hamulców”

„hamulce naprawione, wracamy”

„jestem w Groznym”

„jestem na stacji w Lewaczi”.

Za tym ciągiem krótkich, często spóźnionych wiadomości kryła się cała historia, którą usłyszeliśmy dopiero przy ognisku kilka dni później. A było to tak…

W sobotę wieczór Robert nie wrócił do hotelu w Groznym. Został w rodzinnym domu Magameda. Niedziela upłynęła mu na oglądaniu zdjęć satelitarnych rejonu, w którym pozostawił swojego Land Rovera, na rozpracowywaniu nawigacji, którą dostał od nas aby trafić na miejsce i na poznawaniu codziennego życia rodziny Magameda, jego żony Eliny i kilkuletniego Ibrahima. Wieczorem ruszyli w podróż do Stavropola, zabierając ze sobą brata Magameda – Mussę, który „coś tam dłubie też przy samochodach”. Po całonocnej jeździe i 2 godzinach snu odebrali część z serwisu. Po kilku kolejnych godzinach jazdy znaleźli jakąś bazę transportową, gdzie postanowili poszukać odpowiedniego pojazdu, który mógłby dowieźć ich w góry. Dwóch miejscowych Czerkiesów chętnie wyruszyło swoim UAZem, zabierając na pokład naszą „ekipę ratunkową”. Pech sprawił jednak, że tablet z nawigacją i zapisanym punktem zepsuł się, a w drugim nie było zapisanych koordynat. Pozostało szukanie auta „z pamięci”. Zadanie nie było łatwe, zważywszy na fakt, że jechali od zupełnie innej strony niż my tydzień wcześniej. Po długich poszukiwaniach, późną nocą zapadła decyzja o odwrocie i ponownych poszukiwaniach od rana. Ale chwilę później Robert poznał, że właśnie przejeżdżają między charakterystycznymi skałami, wśród których rozbiliśmy pierwszy górski obóz. A więc auto znajdowało się zaledwie kilometr dalej, za górką. O ile się tam jeszcze znajdowało…

Stało na miejscu, całe, nie uszkodzone, nie okradzione. Pierwsza chwila szczęścia. Później Czerkiesi powiedzieli, że nie ma szans, żeby miejscowi okradli lub zniszczyli auto, zwłaszcza na obcych numerach. Przecież to gość przyjechał do nich w góry, okradanie gościa to hańba! Prędzej należy się obawiać zaglądających czasem w tamte strony ukraińskich offroaderów. Mussa zabrał się do naprawy. Prawdopodobnie pierwszy raz w życiu widział ten model Land Rovera, a już na pewno pierwszy raz w życiu składał zwrotnicę, przegub, sworznie i inne części wymagające demontażu i montażu. Dodatkowo robił to w środku nocy, omiatany mroźnym wiatrem na wysokości 2600 m n.p.m., przy świetle czołówki. Trzy godziny później auto jechało. Druga chwila szczęścia.

Naprawa i powrót nie obyły się bez komplikacji. Jeszcze przed rozstaniem przezornie przekazałem Robertowi listę potrzebnych rzeczy: olej do mostu, strzykawka, glut do przegubów, silikon, klucz taki a taki… itd. Zapomniałem tylko o płynie hamulcowym. Robert też zapomniał. Nie było też dwóch najpotrzebniejszych kluczy! Nocny zjazd z gór do cywilizacji odbył się bez hamulców i ze zwrotnicą przykręconą kombinerkami! Mussa musi mieć chyba imadło w rękach. Miejscowi Czerkiesi w UAZie po powrocie do bazy stwierdzili, że gdyby nie flaszka, którą „obrócili” czekając na naprawę, nie dogoniliby Roberta jadącego bez hamulców górskimi serpentynami.

Wtorek rano. Podczas gdy my zachwycaliśmy się widokami z krawędzi Płaskowyżu Gunibskiego, Robert, Mussa i Magamed po kolejnych 2 godzinach snu w bazie w Kisłowodsku naprawili hamulce i ruszyli w drogę powrotną do Groznego, do którego dotarli po południu. W tym czasie my byliśmy 270 km dalej, w głębi Dagestanu. Domyślałem się, że samotna jazda nocą po północno-wschodnim Kaukazie może nie należeć do najprzyjemniejszych przeżyć, dlatego zasugerowałem aby Magamed odprowadził Roberta do najbliższej nam, większej miejscowości, skąd „podejmiemy” powracającego towarzysza. Jeszcze tego samego wieczora, po wspólnym posiłku Robert i jego czeczeński przyjaciel wyruszyli dwoma samochodami do Lewaczy w Dagestanie, gdzie my przygotowywaliśmy już gorące powitanie. Około 1 w nocy znów byliśmy wszyscy w komplecie. Trzecia chwila szczęścia. O 18 następnego dnia otrzymałem sms od Magameda: „Wróciłem do Groznego o 4 rano, właśnie się obudziłem. Jak się macie?”. Przejechał w sumie ponad 1500km i niemal nie spał przez dwie i pół doby…

Zapewne każdy z uczestników wyprawy, a w szczególności Robert woleliby, żeby nie było tej awarii. Jednak gdyby nie ten nieszczęśliwy traf, nie było by nam dane doświadczyć na własnej skórze zaradności, gościnności i pomocnej dłoni kaukaskich górali. Kolejna wyprawa, kolejna trudna sytuacja opanowana, kolejne cenne doświadczenia i przeżycia, kolejni przyjaciele. Awarie nie są takie straszne…

Tekst: Miłosz Kaleciński